Już wkrótce – wiza do Indii na granicy!

Polska_ePaszport

Zazwyczaj nie publikuję tutaj newsów (zresztą – ostatnio w ogóle nie publikuję), ale ten zasługuje na uwagę. Indyjska wiza turystyczna już wkrótce będzie dostępna dla Polaków na wjeździe do kraju!

Polacy będą jedną z 40 narodowości, którym taki przywilej będzie przyznany.

Wize będzie można otrzymać na lotniskach w Delhi, Madrasie, Kalkucie, Mumbaju, Kochi, Hyderabadzie , Bangalore gdzie już wcześniej były punkty wydawania wiz dla obywateli kilku krajów, a także w Thiruvananthapuram, Goa, Gayi, Czandigarze i Amritsarze.

Decyzja nie jest wprawdzie jeszcze ostateczna i brak informacji zarówno o tym kiedy by nowe przepisy miały wejść w życie, jak i o tym, czy będzie możliwość uzyskania wizy przekraczając granicę lądową (np. wracając z wycieczki objazdowej do Nepalu).

Niezależnie od tego to jednak świetna wiadomość dla wszystkich wybierających się do Indii, w szczególności tych, którzy lubią planować “last minute”.

Więcej szczegółów w Times Of India.

Przysmaki z chodnika

Street food, czyli przekąski z ulicznych kramów, to coś, czego większość turystów w Indiach unika. Poniekąd słusznie, bo jeśli nie wiemy co i z którego kramu zaczerpnąć, o zatrucie bardzo łatwo, zwłaszcza gdy żołądek jeszcze nie przystosowany do lokalnej floory bakteryjnej.

A szkoda, bo street food – w hindi chaat – to nie tylko najtańsze, ale często najbardziej reprezentatywne dla danego regionu jedzenie, bardzo ważna część lokalnej kultury i tożsamości, a zakupione we właściwym miejscu – także najsmaczniejsze jedzenie pod słońcem.

Czytaj dalej

Relacja z wyprawy do Leh.

Swego czasu wstrzymałem się z publikowaniem relacji z wyprawy motorowej do Leh i Kaszmiru na blogu. Teraz wszyscy złaknieni szczegółów mogą poczytać w wersji drukowanej. Właśnie ukazał się blisko 10 stronicowy materiał z moimi zdjęciami w magazynie “Motocykl”. Na razie w kioskach, wkrótce pewnie także online. Enjoy!

Przez Himalaje na motórach.

Oki oki. Zrobiliśmy. Okazało się prostsze niż się wydawało, (zwłaszcza dla Frenchiego) i ja w tej prostocie trwam. Paradoksalnie jeżdżenie w Delhi jest trudniejsze niż przekroczenie drugiej najwyższej przełęczy świata, co uczciłem wczoraj mikro wypadkiem na śliskiej pomonsoonowej nawierzchni. Uspokajam – cały i zdrowy i bez zadrapań.

Tutaj relacje autorstwa towarzyszki Basi i towarzysza Karola i tegoż drugiego film też jest! Moje fofo do obejrzenia na facebuku. A poniżej – artykuł, który ukazał się w magazynie “Motocykl” (PDF)

Autostrada do nieba, Motocykl, 12/2010

Dziekuje za uwage.

Turystyka terrorystyczna

Nawiązując do jednego z wpisów na tym blogu Bombaj rzeczywiście się otrząsnął.Sama się o tym przekonałam. Energia miasta wylewa się ze wszystkich knajpek, luksusowych restauracji i sklepików. Tzw. Mumbaikars potrafią cieszyć się życiem, spacerują objęci (W Indiach!) nocą po nadbrzeżu i kursują między jednym klubem a drugim. Co prawda trudno powiedzieć na ile jest to pozorny spokój, tu i ówdzie widać przyklejone na samochodach nalepki “26/11 we will never forget”, ale mimo to, przez Bombaj przelewa się ta sama energia (podobno) co przed hinduskim 11 września. Co innego turyści- zarówno obcokrajowcy jak i Indusi wszelkiej maści. Ci uprawiają coś, co możnaby nazwać turystyką terrorystyczną. Jeden z najbardziej znanych zabytków Bombaju – Gateway of India jest w tej chwili zupełnie ignorowany, bo wszyscy stoją (czasem godzinami!) wpatrując się w Taj Palace, który znajduje się zaraz obok. Całe rodziny przyglądają się potłuczonym szybom luksusowych butików, pokazują palcami, które pokoje były najbardziej zniszczone itp. A z zainteresowania gapiów korzystają uliczni handlarze sprzedając co tylko się da – orzeszki, chaaty, skaczące plastikowe małpki i laleczki. Podobnie wygląda sytuacja w Cafe Leopold. Co prawda ruch jest duży i ludzie czekają czasami godzinę na stolik, to ma się wrażenie, ze wiele stojących na zewnątrz osób przyszło “tylko popatrzeć”. Jednak ci, którzy szukają sensacji mocno się rozczarują. Bombajczycy bardzo szybko wzięli sie do roboty i prace idą pełną parą. Ci, którzy liczą na ślady krwi czy kul, raczej ich nie zobaczą. Wszystko działa jak dawniej i tylko przed Leopoldem stoją dwaj ochroniarze z niestety przestarzałymi dwururkami.

I tu dochodzimy do palącego problemu, którego nie da się “posprzątać” w miesiąc. Ochrona i służby bezpieczeństwa- dużo już zostało na ten temat napisane, więc tylko krótko – ochrona wygląda jak wyglądała – czyli ubrani w przestarzałe mundury, uzbrojeni w dwururkę albo jakiś karabinek faceci o wyglądzie ćwierćkretynów pilnują klubów, kawiarni i stacji kolejowych. Na osławionym CST ustawili bramki, które cały czas pipczą, a 10 policjantów nie raczy nawet podnieść tyłka, żeby sprawdzić, czy ktoś nie próbuje uskutecznić kolejnego zamachu.

No nic, życzmy Mumbaikars tego, czego sami sobie życzą- Taki oto napis widziałam na jednej z nadmorskich kafejek: “Thanks God 2008 is over. God bless 2009!”

Agra.

Krótko – rozczarowanie. To miejsce to święta krowa turystyki w Indiach. Poza Taj Mahal, nie ma tam właściwie nic – Fort jakich wiele, kilka pomniejszych świątyń i syf jak w mało którym mieście. Nawet sam Taj jest przereklamowany – owszem, wygląda ładnie z zewnątrz, ale w środku nie ma literalnie NIC. Wszelkie zdobienia dawno temu zostały zagrabione i więc poza znanym wszystkim widokiem z zewnątrz nie ma co oglądać. A przyjemność zobaczenia “pocztówki live”, i to niestety w smogu, z przykurzonymi trawniczkami, niedziałającymi fontannami i w wariackim tłumie (Krakowie – chowaj się) turystów jest wątpliwa.

A do tego obcokrajowcy muszą zapłacić 750Rs (w porównaniu do 20Rs dla Indusów…), za co do biletu otrzymują…nakładki na buty i litrową wodę mineralną.

Odhaczone z listy. Nie wracać!

PS. Właśnie, z pewnym opóźnieniem, zerknąłem na bloga naszego towarzysza podróży i współlokatora. Otóż on na temat Agry rozpisał się o wiele bardziej. Mnie się nie chciało.

Październikowe tripy.

Trochę z prywatnego podwórka update po dłuższym czasie.

Październik upłynął nam pod znakiem długich weekendów (cały wysyp świąt: Gandhi Jayanti, Dussehra, Diwali) i ostrej harówki pomiędzy (przez tydzień przed Diwali – 12h dziennie, wliczając sobote i niedzielę…).

Październik to też miesiąc jednych z najlepszych wycieczek jak dotąd.

Wpierw Jaisalmer – niewielkie miasto na środku pustyni Thar, z racji używania tu do budowy praktycznie wszystkiego piaskowca, zwane “Złotym Miastem”, szczyci się głównie XII wiecznym fortem (co niezwykłe – wciąż zamieszkanym!) i niezwykłą sztuką rzeźbiarską. Aż po dziś dzień, co bogatsze domy zdobione są tą samą ażurową techniką co Fort i stare Havelis, co więcej, zdobione są nawet płotki czy przystanki autobusowe, co sprawia wrażenie, że całe miasto jest wielką złotą rzeźbą. Miasto słynie również z tego, że jest jednym z dwóch miejsc w Indiach, gdzie legalna jest marihuana (zwana tu Bhang) i istnieją swego rodzaju specyficzne “coffee shopy”. Wprawdzie nie można kupić jej na wagę, ale można się np. napić bhang lassi (lassi to tradycyjny indyjski napój odświerzający – coś w rodzaju koktailu z kwaśnego mleka z owocami lub przyprawami) albo zjeść ‘bhang cookies”. Dziwnie wyglądają reklamy na głównym placu miasta zapraszające do konsumpcji Bhang w “Government Authorised Shop”.

Poza fortem i kilkoma havelis za dużo do zwiedzania jednak nie ma, a główna atrakcja to pustynia i pustynne safari na wielbłądach, z odwiedzinami wiosek, pokazem tradycyjnych rajhastanskich tańców niesamowitym noclegiem pod gwiazdami na materacach rozłożonych na piaskowych wydmach. Dla nas jeszcze doszła jazda stopem na przyczepie traktora – ale to nie jest stały punkt programu. :) Warto też wybrać się na zakupy w wąskich fortowych uliczkach.

Goa przedstawiać chyba nie trzeba. Była portugalska kolonia “to nie są Indie”, jak wszyscy twierdzą i nie sposób się nie zgodzić. Czysto, pusto, cicho. Od krykieta wolą piłkę nożną, od Krishny – Chrystusa, a w knajpach bez problemu można zamówić wołowinę. Uliczki roją się od “uciekinierów z cywilizacji” – wytatuowanych, zadredzionych, w etnicznych ciuchach i nieobecnym spojrzeniu – od lat 60-tych ciągle ląduje tu masa hippisów, rasta i wszelkich innych typów szukających wolnej miłości i łatwych narkotyków (tak, wygląda na to że ten motyw nas prześladował w październiku). Kilku takim uciekinierom zawdzięcza Goa świetne knajpki w europejskim stylu – np. Duble Dutch w Arambolu, gdzie para duńczyków osiadłych tu przed laty popisuje się przed gośćmi domowymi ciasteczkami, stekami i kawą. W karcie mają nawet “Polish Sauerkraut – Kapusta, kiełbasa, bekon, kawałki kurczaka, papryka i grzyby w jednym. Nie uwierzycie! jak zachęca opis. Nie spróbowaliśmy niestety – to jedna z najdroższych pozycji w karcie. Cenią nas.

To także raj alkoholowy – świetne lokalne Porto (spadek po kolonizatorach) można kupić za śmieszne pieniądze (ok 5zł za butelkę lepszego gatunku!), a są też Feni – wódka z orzechów nerkowca lub z kokosa i cała masa innych trunków. W niepijących w zasadzie Indiach – kolejna odmiana. O plażach rozwodzić sie nie będę – wystarczy, że powiem że każda jest inna!

Podróżować najlepiej skuterkiem, zapuszczając się w zagubione wioski z dala od plaży – to tam są największe uroki Goa. I omijać duze miasta – bo jeszcze się nam przypomni, że jesteśmy w Indiach.

Dla Nati lekcje skutera skończyły się wizytą u ortopedy, bo przyrżnęła w murek na placu gdzie ćwiczyliśmy. Na szczęście to tylko niegroźne stłuczenie i – jak się zarzeka – nie będzie się poddawać i jeszcze spróbuje.

Jedyny minus, to że Diwali prawie tam nie świętują. Ale udało nam się dostać na konkurs tańców goańskich – coś w rodzaju dorocznego “meczu” miedzy wioskami. Kilkunastoosobowe reprezentacje kobiece w jednolitych saree tańczą o tytuł najlepszej wioski w regionie, wyklaskując sobie rytm i śpiewając religijne pieśni. Wierzcie mi – nie spodziewali byście się takiej ekwilibrystycznej sprawności po niektórych z Pań.

Ostatni dzień to gigantyczny pchli targ w Anjunie na plaży – choć jego legenda chyba już go przerosła, bo “pcheł” niewiele zostało, a wiekszość to regularni, zorganizowani handlarze, sprzedający to co na każdym innym targu. Uwiódł nas tylko europejski (kraju nie zrozumieliśmy) turysta, sprzedający ręcznie robione etniczne pokrowce na iPoda… I francuska koszulka “przeciw Bushowi”.

A teraz jesteśmy z powrotem w Gurgaonie – odrobinę w depresji i z marzeniami o kolejnym “get-away”…

Hardcore India. Varanasi.

Varanasi lub inaczej Benares. Święte miasto Indii.

Kiedy tam jechaliśmy, niemal wszyscy znajomi Indusi zadawali jedno pytanie: “Po co tam jedziecie?”.

Spróbuję odpowiedzieć. Zacznijmy od tego, po co do Varanasi jechać nie należy:

-> dajcie sobie spokój, jeśli chcecie duchowej przemiany, oczyszczenia etc. Wszystkim świętym w Indiach chodzi o pieniądze. (Ok, wiem, są tacy co znajdują, ale nic mnie bardziej w Indiach nie denerwuje niż natchnieni turyści, którzy są bardziej uduchowieni niż ich duchowi przewodnicy. PS> Białe kobiety nie powinny nosić sari!)

-> dajcie sobie spokój, jeśli chcecie odpocząć. Polecam Goa, Manali, etc.

-> dajcie sobie spokój, jeśli szukacie architektury bądź “najbardziej kolorowego miasta Indii”. Pod tym względem Amritsar bije Varanasi na głowę. To samo Jodhpur czy Udaipur.

-> dajcie sobie spokój, jeśli przeraża Was bieda, hałas, głód, smród i śmierć.

Bo to właśnie tu znajdziecie. Biedę, hałas, głód, smród i śmierć. Welcome to hardcore India.

Varanasi to ghaty, czyli dziesiątki schodów prosto do najświętszych wód Gangesów. Tylko 36 milionów Hinduskich bogów wie jakim cudem ta rzeka nie zbiera codziennie śmiertelnego żniwa, zadowalając się szczątkami ofiarowanymi dobrowolnie. Jej skład chemiczny przypomina bardziej… ok. Chyba nic nie przypomina. Jest tym czym jest – gigantycznym ściekiem ze wszystkich okolicznych miast i fabryk, zmieszanym z resztkami niedopalonych Hinduskich trupów, butelkami od turystów, świeczkami i innym badziewiem po ceremonii Pudzia i mułem. A ludzie się w tym kąpią, piorą, nawet piją. Jak to wytłumaczył nam nasz przewodnik – jeśli się wierzy, że nic ci nie będzie, to nic ci nie będzie. Inni mówią, że ten cud to zawartość srebra w wodzie. Niech że im będzie, cud jest oczywisty, ale badać na własnej skórze nie byłem skory.

Oprócz ghatów – 4 świątynie. Nie warte uwagi. Gigantyczny, chaotyczny i hałaśliwy targ, na którym kupić można wszystko – od punjabskich ciuchów, przez narkotyki z Manali po rajasthanską żonę. Nie dziękuję.

Podsumowując. Widok z okna na palące się nad rzeką ciała, wędrówka po muzułmańskiej dzielnicy (swoją drogą to ciekawe, że najświętsze miasto Hinduizmu jest właściwie zdominowane przez muzułmanów) gdzie wyrabiają na średniowiecznych krosnach jedwab (i oczywiście sprzedają – w “firmowym” sklepiku), dzieci dosłownie wskakujące na człowieka wszędzie by dostać “biskłits” lub “rupis”, wreszcie Pałac Maharadży – kolejny pomnik minionej świetności. (ale o tym osobno będzie).

W tym mieście nie ma nic. Nic prócz prawdziwych, hardcore’owych Indii.

Za resztę zapłacisz kartą.

PS.

W ramach hardcore’owych Indii dziś wracałem z pracy na motorze. Trzech facetów w garniturach, ten środkowy duży i biały, a motor jeden. Got the picture?

PSPS. W sobotę były urodziny Natalii. Chyba najdziwniejsze w jej życiu. Ale o tym niech sama opowie… powiem tylko że był tort, i koncert na żywo i brazylijski alcohol, i małpy, i ciekawy widok z okna na płonące Ghaty…