Kobra, dziwki i sprawa honoru

Kobra w łazience sportowca, najazd prostytutek, walizka pełna materiałów wybuchowych, zawalony most i inne “drobne niedociagnięcia”. A w tle narodowa duma, “różnice kulturowe”, rywalizacja Indie-Chiny i postkolonialne resentymenty.  O co tak naprawde chodzi w Igrzyskach Wspólnoty Narodów w Delhi?

Czytaj dalej

Chodniki.

Niedawno napadłem (werbalnie) moich kolegów z pracy, że skoro mają chodniki (co nie jest takie oczywiste, bo w Gurgaonie ich nie ma), to dlaczego z nich nie korzystają? Odpowiedź była do bólu logiczna i prosta – gdybyś kilka razy się zapadł wraz z chodnikiem, też byś przestał. Cóż, wygląda na to że jednak mój ogląd świata jest bardzo orientalistyczny wciąż.

Czytaj dalej

Indian Coffee House.

Nie czarna, a biała. Z przyprawami. Za 9 Rupee. Podawana przez panów w fikuśnych kubrakach mocno przybrudzonych, na oblepionych stołach i wśrod odchodzacej farby. Południowoindyjska kawa i jej świątynia. India Coffee House przy MG Road w Bangalore. Otwarta w 1957 teraz odchodzi w zapomnienie. Jutro ma być jej ostatni dzień.

Edit: Byłem sprawdzić. Nie zamknęli. Pewne rzeczy są wieczne?

Czytaj dalej

Służący.

Jeszcze całkiem niedawno rodzice każdy mój zostawiony w pokoju kubek czy nie złożone łóżko kwitowali sarkastycznym “I co? Przyjdzie Jan i posprząta?”. Pewnie ani im, ani mnie, nie przyszło nigdy do głowy, że już wkrótce odpowiedź będzie “Tak”.

Pisałem kiedyś o Babu, służącym z mojego poprzedniego biura. Robił herbatę, kawę, sprzątał, podawał, robił zakupy. Wszystko, co wymaga od pracowników wstania od biurka.

Babu pożegnałem wraz z przenosinami, ale w domu w Belvedere Park gdzie mieszkaliśmy (a Nati dalej mieszka) jest pani (imienia niestety nie pamiętam…), która co rano przychodzi i sprząta całe mieszkanie. Tylko tyle i aż tyle – w każdym razie nie trzeba się martwić o kubki (o kupki też, ale to inna sprawa – Natalia wytłumaczy :P ). Kosztowało nas to 1000 rupee miesięcznie, co na głowę wychodziło jakieś 200. Czyli za jakieś 13 złotych mieliśmy do dyspozycji sprzataczkę przez cały miesiąc.

Teraz przez pewien czas przemieszkuję w domu gościnnym Technopaku i tu z kolei do mojej (przeważnie wyłącznej, jako że innych gości nie ma) dyspozycji jest Raghu. Raghu to młody chłopak, podejrzewam, że młodszy ode mnie. Opiekuje się mieszkaniem – sprząta, pilnuje żeby wszystko było na miejscu, wpuszcza i melduje gości, załatwia drobne posługi typu skoczy po jedzenie czy zaniesie pranie. Nie mam pojęcia ile kosztują jego usługi, ale podejrzewam, że coś ok. 5000Rs + ma dach nad głową.

Za każdym razem, kiedy wstaję rano, a Raghu już czeka ze śniadaniem i kawą i chwilę po moim wyjściu ogarnia pokój, czuję się z lekka zażenowany, a zarazem myślę, jak względne jest pojęcie luksusu oraz jak gigantyczna jest skala rozwarstwienia społecznego, skoro ja w tym kontekście jestem bogaty (wprawdzie opłaca go firma, ale mógłbym sam go wynająć z moich obecnych, skromnych zarobków. Musiałbym najwyżej zrezygnować z moich dwóch wyjazdowych weekendów w miesiącu), Raghu – mój służący – jeszcze wcale nie jest biedny. Rzekłbym, że jest niemal wybrańcem losu, z możliwością mieszkania za darmo i oglądania hitów Bollywood na 42 calowym telewizorze – oczywiście tylko wtedy, kiedy ja nie wejdę do salonu, bo wtedy natychmiast się podrywa i znika w kuchni w pełnej gotowości.

I tu dochodzimy do punktu, który mnie skłonił do napisania tej notki. Jak nie urazić służacego?

Rzecz wbrew pozorom nie taka łatwa, bowiem tak Babu jak i Raghu traktują swoją pracę bardzo poważnie i starają się robić wszystko wzorcowo. Tylko że ja mam trochę inne nawyki niż ludzie których znają. I na przykład masala omlet na śniadanie zamienił bym na jajka na miękko, kawę gotowaną z mlekiem na sposób południowo-indyjski na mocną małą czarną z mojego włoskiego ekspresiku, płatki na śniadanie zalewam zimnym mlekiem lub joghurtem, a naczynia naprawdę mogę za sobą czasami umyć. A w biurze naprawdę potrafię sobie nacisnąć guzik w automacie do kawy albo nalać wody, a nawet ksero mogę sobie sam zrobić. Ale jak im to powiedzieć, skoro to wszystko są – przynajmniej w ich mniemaniu – ich obowiązki. A więc mamy śmieszne sytuacje, kiedy np. podbiegałem do automatu do kawy kiedy Babu nie było w pobliżu, bo inaczej, widząc tylko, że się zbliżam, starał się mnie uprzedzić i wybrać dokładnie tą, którą zawsze wybierałem i nalać (tak jak zaobserwował, że ja robię) podwójną porcję, ale bez części wody. Lub kiedy dziś zacząłem sam sobie robić jajka sadzone, Raghu stał za moimi plecami pilnie obserwując co robię i pewnie próbując zapamiętać, żeby następnym razem zrobić tak jak chcę. I to uczucie, że robiąc sobie kawę po swojemu, pokazuję mu, że jego kawa mi nie smakuje, co przecież jest jednoznaczne z niewypełnieniem obowiązków. Już nie mówiąc o tym, żeby odmówić przyjęcia np. tostów zrobionych w porze kolacyjnej, mimo że kompletnie nie mam na nie ochoty, albo wmuszania w siebie ostatnich kęsów, żeby nie było, że nie dobre.

Mamo, tato, widzicie co zrobiliście? Wyrosłem na człowieka nie przystosowanego do życia (w indyjskim) społeczeństwie…

Terroryzm nie ma religii

W całym morzu przygnębiających wieści, pojawiło się światełko w tunelu.

Dwa dni temu było tu muzułmańskie święto Eid al-Adha, podczas którego muzułmanie upamiętniając ofiarę Abrahama, poświęcają Bogu jakieś zwierze. W Indiach zazwyczaj zabijają krowę, mimo że Koran uznaje także barana czy wielbłąda, a dla Hindusów zabicie krowy jest świętokradztwem. Stąd święto to często stawało się pretekstem do mniejszych lub większych spięć.

W tym roku jednak indyjscy Muzułmanie zachowali się tak, jak powinni zachować się Muzułmanie z wszystkich krajów arabskich po zamachach z 9/11 czy akcjach z Londynu, Madrytu i wielu innych. W największych meczetach w kraju, w tym w Jama Masjid, który odwiedziliśmy zaledwie dwa tygodnie temu, imamowie jasno nazwali ostatnie wydarzenia zbrodnią przeciw ludzkości. Ostro wypowiedział sie też Shah Rukh Khan, największa gwiazda indyjskiego kina i Muzułmanin. W całym kraju odbywały się czarne marsze, w Mumbaju odmówiono terrorystom religijnego pochówku. Przekaz dla wszystkich terrorystów jest jasny – nie jesteście częścią naszej społeczności, nie występujecie w naszym imieniu, nie mścicie naszych cierpień. Terroryzm nie ma religii, to wynaturzenie.

Cisza w Mumbaju.

Jedna rzecz oddaje chyba najlepiej skalę tego co się stało. Indusi w Mumbaju zostali w domach. Miasto jest puste i – nie licząc słyszalnych wciąż jeszcze wystrzałów – ciche. Biorąc pod uwagę, jak głośne i tłoczne są indyjskie miasta i że Mumbai jest z nich najtłoczniejszy i najgłośniejszy, nie jestem sobie tego w stanie wyobrazić.

Wybory po zamachu w Mumbaju.

Właśnie otrzymałem list, skierowany do wszystkich pracowników Technopaku od naszego szefa i założyciela firmy. Wysłany w związku z zamachami i jutrzejszymi wyborami w Delhi.

Pozwolę go sobie wkleić w całości, bo dobrze obrazuje miarę złości, zawodu i smutku, jakie ten zamach sprowokował.

Aravind Singhal jest na co dzień bardzo spokojnym, dojrzałym i pogodnym mężczyzną. W jego liście kilka zdań i określeń jest zapewne niepotrzebnych, także dość jednoznaczne wyrażanie swoich politycznych poglądów może razić, ale składam to na karb emocji. Jeśli chcecie wiedzieć, co teraz czują Indusi, to w dużej mierze ten list to oddaje.

Dear Colleagues,

I believe I would be right in mentioning that the tragic events of the last two days at Mumbai would have left all of us dumbstruck, worried, frustrated, and angry. Dumbstruck we are with the sheer audacity of the terrorists, worried we are about the well being of our friends and relatives in Mumbai and indeed about the well being of India and all Indians themselves, frustrated we are with the increasing frequency of such attacks on our very right to live a peaceful and optimistic existence in India, and angry we are with the sheer ineptitude of our political system that throws up such visionless, thick-skinned, shameless, spineless and self-interest serving scoundrels and even puts many of them in positions that make us cringe each time we think about them. For me, in these last two days, the disgust was complete when I saw our spineless Prime Minister trying to address the nation in his squeaky timid voice, the visionless and intellect less Sonia Gandhi trying hard to look concerned about India while she has done everything possible to destroy India’s growth dreams by political compromises of the worst type just to stay in power in these last 4+ years of the UPA coalition, and the rabble rousing octogenarian fanatic L.K. Advani preaching about being firm with Jaswant Singh right next to him (some of us will remember that the same clipped-accented pseudo intellectual then foreign minister personally escorted some of India’s worst terrorists to Kandahar in exchange of some hostages while the self-styled iron-man was the then home minister).

In this background, when Delhi goes to elections tomorrow, it is understandable that some of us may decide to stay at home when presented with this Hobson’s choice regarding the options for casting our vote. However, if we do not exercise even this very fundamental right (to vote), our politicians would have succeeded in taking away even this very hard-fought right from us. Vote we must tomorrow, even if the choices being presented to us do not inspire confidence or respect. As we all understand, the current electoral system will end up throwing a winner even if most of us who consider ourselves intelligent and informed refrain from casting a vote. Just one vote will be enough to make a candidate a winner if no one else votes!

Your decision regarding who to vote for is entirely your personal choice and must always remain so. However, perhaps this time, you may wish to reflect a bit harder on who to give your vote too. I will certainly be looking first at the caliber of the candidates being put up by the two really national parties (Congress and BJP) before selecting any one of them. While I would have loved to look beyond these two parties, I believe one of the biggest problems that India’s political system faces today is the fragmentation that has thrown up all kinds of monsters (Mulayam and Amar Singh, Bal Thackeray and others for instance), principle-less (like Ajit Singh, Deve Gowda and others) and buffoons (like Raj Thackeray and Prakash Karat) etc. The coalition politics has the potential to further damage India and hence, at least in my view, the nation needs a very strong two-party system.

I do hope that you will exercise your right to vote tomorrow, and will encourage others to do so too.

Arvind

Na gorąco trwają analizy, ja się ich nie podejmuję. Może jak to wszystko się skończy.

Mumbai 3

Relacji ciąg dalszy. Dzisiaj u mnie w pracy wszyscy pracują na pół gwizdka. Włóczą sie po pokojach i oglądają relację w telewizji. Nagle każdy przypomina sobie, jak był w hotelu Taj albo Oberoi, co czasami zakrawa na paranoję. Na przykład dzisiaj koleżanka poinformowała mnie obsewrując komandosów na dachu Taj Palace:

- Wiesz, że ja też byłam na tym dachu 10 lat temu? No cóż.

Oprócz tego, że z całego świata płyną słowa otuchy, wypowiedziały się już najważniejsze gwiazdy Bollywood. Głos zabrał nawet na swoim blogu Amitabh Bachchan- guru kina bollywoodzkiego. A to dla przeciętnego Indusa znaczy bardzo wiele.  Oczywiście  gwiazdki zrobiły to w bardzo “osobisty” sposób, mówiąc o tym jak to uciekały przed strzałami, jak dwie minuty po wybuchu przejeżdżały obok płonącego hotelu, jak w ostatniej chwili zmieniły plany i nie poszły na kolacje do cafe Leopold. “Zobacz, byliśmy tam gdzie ty,też mogliśmy nie mieć tyle szczęścia- zdają się mówić. I jest to prawda, bo w zamachu ucierpieli nie tylko biedni i biedniejsza klasa średnia, która zazwyczaj ginie na targach i ulicach. W ataku został ranny brat szefa mojej koleżanki, co-expatki. Właściciel firmy softwarowej, człowiek, któremu trudno jest cokolwiek dać na urodziny, bo jak mówi jego brat “ma wszystko”.

Jak widać terroryści “odrobili lekcje”. Hinduskie media podejrzewają, że przed zamachem kilku terrorystów wynajęło pokoje w hotelu, znali każdy zakamarek, mieli listę gości, potem czekali tylko na posiłki, w międzyczasie delektując się hotelowym jedzeniem.

Mumbai 2

Newsów ciąg dalszy. Choć tym razem z bardziej zawodowej strony. Pracuję w firmie, która zajmuje się organizacją konferencji międzynarodowych i eventów. Ponieważ Indie mają jeszcze niewiele centrów kongresowych, wiele konferencji odbywa się w hotelach, wiele z nich w Mumbaju, wiele w hotelu Taj… Tydzień temu moja koleżanka, wróciła z właśnie zakończonej konferencji. Siedziała w cafe Leopold, w której wczoraj wieczorem strzelano do gości, paliła papierosa patrząc na hotel Taj. Przed chwilą dzwonił do nas manager hotelu. Oprócz zabitych gości nie żyją wszyscy pracownicy recepcji, strażnicy i kucharz.

Na adresy mailowe wszystkich w firmie napływają listy z całego świata. Ludzie odwołują rezerwacje, zadają tysiące pytań. I co mam im powiedzieć? Przyjeżdżajcie do pachnących szafranem Indii? Największej demokracji świata, w której szanuje sie prawa człowieka? Nie wiem. cdn.

Mumbai. [i]

Co tu dodawać. Smutek, złość, trochę strach. A najbardziej bezsilność – to przecież nie pierwszy atak i wydawałoby się, że rząd powinien wprowadzić jakieś ostrzejsze środki by zapobiec powtórkom. A tymczasem dalej na pokład samolotu można wsiąść z zapomnianym w bagażu podręcznym kremem do opalania czy zapalniczką, a kontrole przy wjeździe na parking są po prostu śmieszne.

Najważniejsze, że o ile wiem, wszyscy znajomi cali i zdrowi.

Natomiast my się do Indii wybraliśmy w strasznie dziwnym dla tego kraju momencie. Eskalacja terroryzmu, kryzys finansowy, wybory, Booker Prize dla Adigi, pierwsze olimpijskie złoto. Nigdy nie byłem w samym środku tak wielu wydarzeń. Szkoda, że głównie tragicznych. Można się poważnie zastanawiać, czy scenariusz naszkicowany tutaj się nie spełni. Czy Indie będą w stanie być tak modelowo wielokulturową i tolerancyjną demokracją, jak chciałyby się widzieć, czy też utoną w morzu bratobójczo rozlanej krwi.

A podtytuł bloga (choć w nowym layoucie niewidoczny – 9 miesięcy niebezpiecznego życia) robi się dramatyczny. Na szczęście nasze trasy są dotąd inne niż cele terrorystów i będziemy starać się w dalszym ciągu chodzić innymi ścieżkami.

W każdym razie – za blisko to się wszystko dzieje. Nie geograficznie, ale w sensie więzi. W momencie zamachu odjeżdżał właśnie z Victoria Station pociąg znajomych w stronę Goa . Nie zginął nikt, kogo znamy, ale zginęli znajomi koleżanki z pracy, ojciec koleżanki współlokatorki. Dwie koleżanki z pracy właśnie miały dziś rano mieć spotkanie w Mumbaju, Nati koleżanka właśnie wróciła z konferencji w Hotelu Taj, w niedzielę miał tam dotrzeć Radosław Leniarski z Wyborczej, którego dopiero co poznaliśmy w poniedziałek na przemiłej kolacji w Gurgaonie. Mam nadzieję, że nie spełnią się jego przepowiednie na blogu, że to dopiero początek. Po poprzednich zamachach nic takiego nie miało miejsca, ale wszyscy pamiętają zemstę na Sikhach po zamachu na Indirę Ghandi czy nawet ostatnie rozruchy przeciwko Chrześcijanom w Orissie. A ten zamach miał skalę nieporównywalną z żadnym poprzednim. Ponad sto ofiar, kilkuset do tysiąca rannych i wciąż jeszcze przetrzymywani są zakładnicy.

Nie rozumiem, jak ktoś może coś takiego robić, nie potrafię przewidzieć co będzie dalej.

Po raz pierwszy od kiedy przyjechałem, zacząłem myśleć o wcześniejszym powrocie.