Chodniki.

Niedawno napadłem (werbalnie) moich kolegów z pracy, że skoro mają chodniki (co nie jest takie oczywiste, bo w Gurgaonie ich nie ma), to dlaczego z nich nie korzystają? Odpowiedź była do bólu logiczna i prosta – gdybyś kilka razy się zapadł wraz z chodnikiem, też byś przestał. Cóż, wygląda na to że jednak mój ogląd świata jest bardzo orientalistyczny wciąż.

Czytaj dalej

Bollywood girls.

A teraz – przerwa na rozrywkę. Przyznam, że zainspirował mnie numer jeden na poniższej liście, ale to wyjaśni się za chwilę. Oto subiektywny przegląd najseksowniejszych aktorek Bollywood. Z dedykacją dla Karola!

Czytaj dalej

Mity o Indiach

Bardzo ciekawy artykuł znalazłem w Przekroju – 100 mitów, w które wszyscy dalej wierzą.

Jeden z nich dotyczy Indii:


29. W USA produkuje się najwięcej filmów na świecie
Już nie. Stany spadły na drugą pozycję. Z przybliżoną liczbą 700 filmów rocznie 20 razy wyprzedzają Polskę, ale są o jakieś 300 tytułów mniej produktywni niż Indie (dane z 2008 roku). Bollywood triumfuje dziś nie tylko pod względem produkcji (każdego dnia powstają tam prawie trzy filmy), ale także liczby widzów. Hinduski przemysł kinematograficzny przyciąga do kin średnio 3,6 miliarda osób na całym świecie. Widownia amerykańskich produkcji nie przekracza trzech miliardów.

Jednak nieco się zawiodłem – w większość mitów jednak nie wierzę, a znalazłoby się parę takich, które są mniej oczywiste.

Tutaj na przykład twierdzą, że Indusi odkryli grawitację i atomy kilkaset lub kilka tysięcy lat przed “naszymi” naukowcami. Chętnie bym się dowiedział, na ile to prawda.

Komu nie podoba się Slumdog?

A więc w końcu jest! W ostatni piątek Slumdog Millionaire dotarł do Indii i pobudził znowu narodową dumę Indusów. Co ciekawe – mimo to, że film pokazuje brudne i śmierdzące slumsy Bombaju i okrutne prawo w nich rządzące Indusi są z niego dumni. Na nazwisko A. Rahman pojawiające się w napisach końcowych podskakują do góry i klaszczą, rozrzucając dookoła popcorn. Ale nie wszyscy są tak przychylni filmowi. A najbardziej ci, którzy siedzą w hinduskim biznesie filmowym od lat czyli gwiazdy Bollywood. Jak pisze Guardian : Bollywood icon Amitabh Bachchan rubbishes Slumdog Millionaire.

Czytaj dalej

M.I.A zdobywa Indie


No i stało się. Ostatnio w biurze (po godzinach) od biurka kolegi dobiegły znajome dźwięki. “Paper planes” i to w remiksie DFA! No tak, M.I.A jest na ścieżce dźwiękowej “Slumdog Millionaire”, a ten (mimo, że tu też jeszcze do kin nie wszedł) jest już mega przebojem.

Dzięki Boyle’owi Indusi odkryli zatem swoją krewniaczkę, bo wszak podróż na Sri Lankę trwa tylko chwilę, a etnicznie i kulturowo nie różni się bardziej niż Tamil Nadu od Kaszmiru. (swoją droga zastanawiam się czy się tam nie wybrać, to tylko kilka godzin pociągiem a potem kilka statkiem).

Tak więc M.I.A szturmem zdobywa popularne i mniej popularne magazyny, opowiadając jak to smutno być jedynym słyszalnym na zachodzie głosem Tamilskim i ląduje na tej samej playliście co hity w rodzaju “Desi Girl”

A przy okazji odkryłem Indyjskiego you tube’a! Zwą się Tumtube, reklamują się “Be desi, watch desi” (“Desi” oznacza “swój/-a”, “tutejszy/-a” – no, wszystko co indyjskie jest desi, i to jest bardzo w pozytywnym znaczeniu. “Gora” dla odmiany oznacza obce, obcokrajowca etc.) i gromadzą video związane z Indiami – od Bollywood-ów, po dziewczyny śpiewające do kamerki desi hity.

I jeszcze na deser na koniec – stąd jest motyw przewodni “Paper planes”:

a tak wyglądał Jimmy, zanim się za niego zabrała. Swoją drogą dziwię się, że tak mało osób tu wie o tej przeróbce, bo oryginalny Jimmy Aaja z fimu “Disco Dancer” był sporym hitem (wprawdzie trzydzieści lat temu, ale był):

Były tam jeszcze takie hity:

I NUMER JEDEN! DISCO JAKIEGO NIE ZNACIE!

Muszę go zdobyć w calości!

[h.]

Photoshop kills the posters stars

 

Przeglądając ulubione blogi, zauważyłem coś, co – mam przeczucie – już za chwilę będzie gigantycznym hitem.  Dwójka-walczących-z-Delhi postanowiła stworzyć nietypową kartkę pocztową na święta i nowy rok 2009. Co roku robili coś w photoshopie, tym razem jednak, zainspirowani ulicą, poszli na całość… Gigantyczny, prawie dwumetrowy ręcznie malowany obraz w stylu starych plakatów Bollywodzkich, zamówiony u mistrza ginącego fachu. Historię powieliło już kilka blogów, my tylko dokładamy cegiełkę.

W ogóle sprawa z tymi plakatami jest ciekawa. Jeszcze do niedawna, wszystkie projekty plakatów Bolly i Tolly (co to jest Tolly, odsyłam tutaj) – woodzkich filmów były ręcznie malowane.

Jednak nowoczesna technika powoli zaczęła zabijać ten oryginalny przemysł (i całą odrębną sztukę plakatu) i Shah Rukh Khan lub Deepika Padukone nie załapali się na tak oryginalne plakaty. Trochę inaczej jest na południu gdzie teraz jestem. Tu twarz (i wąs!)  aktorów z Telugskich czy Kanadskich filmów, takich jak Prabhu Deva Sundaram czy jeszcze częściej inny pan o wdzięcznej ksywce “Golden Star” Ganesh (w języku Kanada jest więcej) wciąż zdobi wszelkie mury i przystanki autobusowe w tysiącach kopii niesamowitej malarskiej wersji. A w niektórych miejscach, gdzie jeszcze małe kina ostały się konkurencji multipleksów (z których niektóre mają rozsuwane siedzenia, koce, klimatyzację super dolby stereo i kelnerów, którzy serwują przekąski podczas projekcji), można jeszcze przyuważyć ogromne malowane postacie filmowych herosów i heroin.Tak jak w idylicznym, nieco zapomnianym Mysore, 140km od Bangalore.

Wracając jednak do wątku głównego – sądząc po popularności i powielalności wpisu z “My Delhi Struggle”, dla Ranjeeta nadchodzą złote czasy.  Oryginalne plakaty już od kilku lat są hitem, a mam przeczucie, że wkrótce zaprojektowany na życzenie plakat filmowy z Tobą w roli głównej, stanie się ulubioną pamiątką z Delhi i Mumbaju wszystkich turystów (w tym drugim to trochę bardziej profesjonalnie i drożej – można zamówić online) . Los bywa przewrotny, a blogosfera potężna. Być może jesteśmy świadkami ponownych narodzin legendy…


Slumdog Millionaire ze Złotym Globem.

Wygląda na to, że mam nosa. Albo, że przynoszę szczęście. “Biały Tygrys” dostał Bookera tydzień po tym jak skończyłem go czytać, Slumdog Millionaire wyjechał z Beverly Hills z czterema Złotymi Globami (muzyka A R Rahmana – pierwszy złoty Glob dla Indusa!, reżyseria Danny’ego Boyle’a, najlepszy film i scenariusz) i z łatką faworyta Oskarów zaledwie dwa dni po tym jak go obejrzałem.

O ile jednak Booker dla Tygrysa był w moim poczuciu w pełni zasłużony, o tyle grad Globów na Slumdoga trochę mnie zaskoczył (choć tu wszyscy twierdzą odwrotnie -Slumdog “miał po prostu Globy dostać”, a Tygrys jest kontrowersyjny)

Film jest kompletnie nierealną (nie tylko na poziomie makro – czyli całej historii, ale przede wszystkim w szczegółach, co wkurza o wiele bardziej) historią chłopaka z slumsów Bombaju, który wygrywa 20 000 000 Rs (circa 1 mln złotych) w indyjskich Milionerach, a odpowiedzi na pytania zna, bo wszystkie wiążą się z ważnymi (często tragicznymi) momentami z jego życia.  Tak więc przesłuchanie podejrzanego o oszustwo (bo jakże by chai wallah – chłopak od podawania herbaty w call center-  miał znać wszystkie odpowiedzi?) Jamala staje się preteksem do autobiograficznej retrospektywy. Mamy więc podobną panoramkę Indii jak u Adigi, ale w wersji “na słodko”. Zaczyna się w slumsach, jedziemy do Taj Mahal, przechadzamy się po call center, wkradamy się w świat gangów i najbogatszych itp. Wszystko oplecione wokół wielkiej miłości, która zaczyna się między kilkulatkami w deszczu w slumsie,  a kończy tańczącym (tribute to Bolly) happy endem na Victoria Station.

I teraz tak. Film jest przyjemną rozrywką, toczy się w dobrym tempie, jest świetny montaż, zdjęcia, ścieżka dźwiękowa (tak, wiem, mam słabość do M.I.A… ale Rahman też zrobił dobrą robotę). Aktorstwo bez fajerwerków, choć- mimo po części Induskiej obsady – też w miarę daje radę. Niestety z paroma wyjątkami – Freida Pinto jest tak samo drętwa jak śliczna, a jak śliczna – to widać na załączonym obrazku.

Freida Pinto, Lalita ze Slumdog Millionaire. Swoją drogą Lalita to imię żony Shivy, bogini piękna

Krótko mówiąc – kino efektowne, lekko kiczowate, a dzięki Indyjskim plenerom – egzotyczne. Okraszone kilkoma mocnymi akcentami społecznymi ( sceny ze slumsów, pogrom muzułmanów), które zwłaszcza dla nieoswojonej z nimi publiki mogą być wstrząsające. Solidna rozrywka, ale “ochy” i “achy” – nieco na wyrost. Danny Boyle chyba już nigdy nie przebije sam siebie, bo wszystko co nakręcił po Trainspotting jest o klasę niżej (choć nie wszystko widziałem, przyznaję). Wygląda na to, że Indie są po prostu trendy.

Mam też wrażenie, że sukces tego filmu to po prostu dobrze zbudowany pomost. Dla zachodu – to “obrobiony” Bollywood – kino kolorowe, roztańczone (choć scena tańca tylko jedna), słodkie i nierealne do bólu jak wszystkie Bollywoodzke produkcje, ale jednak mocno dostosowane do (wyższych) standardów filmowej roboty. Z kolei dla publiczności w Indiach – to zachodni film przystosowany do lokalnego gustu. I nie zmienią tego nawet zatargi o to czy Mumbai pokazany jak jest pokazany, pokazany tak być powinien.

PS> Gdyby to była produkcja Bollywoodu, piał bym z zachwytu, że jednak potrafią. Ale nie jest. EOT

PS.PS> Premiera w Polsce podobno w 27 lutego.

PS PS PS> Żeby było jasne, film się ogólnie podobał. I pewnie 6 na 10 osób czytających ten post będzie zachwyconych, kolejnym 3 będzie się bardzo podobał, a tylko jedna pokiwa głową ze zrozumieniem nad moimi marudzeniami. Co wcale nie odbiera im zasadności!
PS PS PS PS> Szkoda, że Slumdog nie ma takiego plakatu

PS PS PS PS PS > 8 oskarów. No i trzy za muzykę. Wiecie zresztą.


[h.]

Mumbai 3

Relacji ciąg dalszy. Dzisiaj u mnie w pracy wszyscy pracują na pół gwizdka. Włóczą sie po pokojach i oglądają relację w telewizji. Nagle każdy przypomina sobie, jak był w hotelu Taj albo Oberoi, co czasami zakrawa na paranoję. Na przykład dzisiaj koleżanka poinformowała mnie obsewrując komandosów na dachu Taj Palace:

- Wiesz, że ja też byłam na tym dachu 10 lat temu? No cóż.

Oprócz tego, że z całego świata płyną słowa otuchy, wypowiedziały się już najważniejsze gwiazdy Bollywood. Głos zabrał nawet na swoim blogu Amitabh Bachchan- guru kina bollywoodzkiego. A to dla przeciętnego Indusa znaczy bardzo wiele.  Oczywiście  gwiazdki zrobiły to w bardzo “osobisty” sposób, mówiąc o tym jak to uciekały przed strzałami, jak dwie minuty po wybuchu przejeżdżały obok płonącego hotelu, jak w ostatniej chwili zmieniły plany i nie poszły na kolacje do cafe Leopold. “Zobacz, byliśmy tam gdzie ty,też mogliśmy nie mieć tyle szczęścia- zdają się mówić. I jest to prawda, bo w zamachu ucierpieli nie tylko biedni i biedniejsza klasa średnia, która zazwyczaj ginie na targach i ulicach. W ataku został ranny brat szefa mojej koleżanki, co-expatki. Właściciel firmy softwarowej, człowiek, któremu trudno jest cokolwiek dać na urodziny, bo jak mówi jego brat “ma wszystko”.

Jak widać terroryści “odrobili lekcje”. Hinduskie media podejrzewają, że przed zamachem kilku terrorystów wynajęło pokoje w hotelu, znali każdy zakamarek, mieli listę gości, potem czekali tylko na posiłki, w międzyczasie delektując się hotelowym jedzeniem.

Włochatym typom mówimy nie!

Prawie wszyscy słyszeli chyba o Bollywood – ulokowanej niedaleko Mumbaju hinduskiej fabryce snów, ale pewnie niewiele osób wie o istnieniu Tollywood – południowego odpowiednika bombajskiej machiny filmowej. Tollywood ulokowane na południu kraju, ma swoje własne gwiazdy i niezachwianą pozycję wśród widowni posługującej się językiem tamilskim i telugu.

Tak się składa, że dopiero co wróciłam z konferencji, którą moja firma organizowała w Hyderabadzie – stolicy południowego stanu Andhra Pradesh. Zmęczona całonocnym składaniem folderów dla prelegentów zaczęłam przeglądać sobotni dodatek do miejscowej gazety. A tam z pierwszej strony zaatakował mnie uśmiechnięty Prabhu Deva Sundaram czyli  wąsaty i brodaty tollywoodzki gwiazdor – człowiek znany wszystkim internautom jako… Benny Lava! Dla tych, którzy nie wiedzą piosenka „Benny Lava” bije rekordy popularności na You tubie. Piosenka, której oryginalny tytuł brzmi „Kalluri Vaanil” pochodzi z tollywoodzkiego filmu Pennin Manathai Thottu, a jej angielski tytuł to fonetyczny zapis słów Kalluri vaanil kaayndha nilaavo? jako „My looney bun is fine, Benny Lava!”. To tak pokrótce.

Artykuł nie traktował jednak o fenomenie Beny Lavy jako takim, ale o trendach w kinie południowo-hinduskim, a mianowicie o tym jak powinien wyglądać tollywoodzki heros. Szło to mniej więcej tak: „Nastał kres ery owłosionych (sic!) bohaterów z nadwagą (sic!) Nowy heros jest gładki, młody i (to jest najlepsze) nie biega dookoła drzewek uganiając się za połowę młodszą od siebie bohaterką”. (Jasne – nie do wszystkich to jeszcze dotarło…)

Cóż my lubimy popatrzeć na krzepkiego Benny Lavę, który wyśpiewuje:”Have you been high today?”. Więc popatrzmy: