Jak jeździć w Delhi

Różnice kulturowe między Indiami a Europą nigdzie nie są tak widoczne, jak na drogach. Jako dość doświadczony w warunkach bojowych kierowca, porwałem się swego czasu na opracowanie krótkiego kursu poruszania się w Indyjskim chaosie drogowym. Ostatnio natknąłem się na wideo, które przypomniało mi o tamtym wpisie powstałym – jak się okazało – w wersji anglojęzycznej. Postanowiłem więc go dla Pańśtwa przetłumaczyć.

W tym pozornym szaleństwie jest bowiem ukryta pewna metoda a zasady ruchu drogowego są o wiele prostsze niż gdziekolwiek indzie. Wystarczy zapomnieć o wszystkich wyuczonych regułach, maksymalnie się skupić i zaufać intuicji.

Panie i Panowie. Zapnijcie pasy (jeśli je macie). Ruszamy w drogę!

PS. Poniższe akrobacje były wykonywane przez szaleńca. Nie próbujcie tego w domu!

A oto nasz przewodnik!:

Czytaj dalej

Indie z Indii

Ostatnia “czarna” Rita Baum też gościła mnie na swoich łamach, mądrzącego się tym razem o niezależnej muzyce z Indii (po części efekt mojego i innych mądrzenia się o muzyce Global Bass na blogu Imported Go(o)ds ) Oto jak to wyglądało:

Obrazek

Czytaj dalej

Kobra, dziwki i sprawa honoru

Kobra w łazience sportowca, najazd prostytutek, walizka pełna materiałów wybuchowych, zawalony most i inne “drobne niedociagnięcia”. A w tle narodowa duma, “różnice kulturowe”, rywalizacja Indie-Chiny i postkolonialne resentymenty.  O co tak naprawde chodzi w Igrzyskach Wspólnoty Narodów w Delhi?

Czytaj dalej

Photoshop kills the posters stars

 

Przeglądając ulubione blogi, zauważyłem coś, co – mam przeczucie – już za chwilę będzie gigantycznym hitem.  Dwójka-walczących-z-Delhi postanowiła stworzyć nietypową kartkę pocztową na święta i nowy rok 2009. Co roku robili coś w photoshopie, tym razem jednak, zainspirowani ulicą, poszli na całość… Gigantyczny, prawie dwumetrowy ręcznie malowany obraz w stylu starych plakatów Bollywodzkich, zamówiony u mistrza ginącego fachu. Historię powieliło już kilka blogów, my tylko dokładamy cegiełkę.

W ogóle sprawa z tymi plakatami jest ciekawa. Jeszcze do niedawna, wszystkie projekty plakatów Bolly i Tolly (co to jest Tolly, odsyłam tutaj) – woodzkich filmów były ręcznie malowane.

Jednak nowoczesna technika powoli zaczęła zabijać ten oryginalny przemysł (i całą odrębną sztukę plakatu) i Shah Rukh Khan lub Deepika Padukone nie załapali się na tak oryginalne plakaty. Trochę inaczej jest na południu gdzie teraz jestem. Tu twarz (i wąs!)  aktorów z Telugskich czy Kanadskich filmów, takich jak Prabhu Deva Sundaram czy jeszcze częściej inny pan o wdzięcznej ksywce “Golden Star” Ganesh (w języku Kanada jest więcej) wciąż zdobi wszelkie mury i przystanki autobusowe w tysiącach kopii niesamowitej malarskiej wersji. A w niektórych miejscach, gdzie jeszcze małe kina ostały się konkurencji multipleksów (z których niektóre mają rozsuwane siedzenia, koce, klimatyzację super dolby stereo i kelnerów, którzy serwują przekąski podczas projekcji), można jeszcze przyuważyć ogromne malowane postacie filmowych herosów i heroin.Tak jak w idylicznym, nieco zapomnianym Mysore, 140km od Bangalore.

Wracając jednak do wątku głównego – sądząc po popularności i powielalności wpisu z “My Delhi Struggle”, dla Ranjeeta nadchodzą złote czasy.  Oryginalne plakaty już od kilku lat są hitem, a mam przeczucie, że wkrótce zaprojektowany na życzenie plakat filmowy z Tobą w roli głównej, stanie się ulubioną pamiątką z Delhi i Mumbaju wszystkich turystów (w tym drugim to trochę bardziej profesjonalnie i drożej – można zamówić online) . Los bywa przewrotny, a blogosfera potężna. Być może jesteśmy świadkami ponownych narodzin legendy…


Monsoon

Delhi i Gurgaon nie należą do miast, którym monsun najbardziej daje się we znaki. Daleko od morza i wysoko na północ, pora monsunowa daje się tu odczuć głównie poprzez permanentne zachmurzenie i wysoką wilgotność. To nie Mumbai, który przez większość pory deszczowej tonie pod wodą. Deszcze przychodzą raz na kilka dni, są intensywne, ale krótkie i przeważnie spadają w nocy lub późnym wieczorem, nie utrudniając za bardzo życia, bo przy tych temperaturach do rana jest już sucho. Ale kiedy monsun łamie ten schemat, robi się nieciekawie.

Niedostatek studzienek kanalizacyjnych czy nawet rynsztoków zamienia ulice w rzeki za każdym razem gdy pada dłużej niż kilka minut. Miasto dusi się w korkach, prąd i woda (o paradoksie) zanika, nic nie można załatwić, bo nikt nie może nigdzie dotrzeć. Miasto ogarnia paraliż, jak Los Angeles pod śniegiem. Tyle że śnieg w LA pada raz na dziesięciolecie, a tutaj w końcu jest pora deszczowa.

(ta notka powstała w oczekiwaniu na instalatora Internetu, który powinien być dwie godziny temu. Edit: Ostatecznie – nie przyszedł)

Manhattan na śmietniku

Gurgaon.

Przyjeżdżając tu wiedziałem mniej więcej tyle zapowiadało się więc całkiem miło… A jak jest naprawdę?

Gurgaon to Manhattan na śmietniku. Wszystkie te eleganckie biurowce wyrastają z chmury pyłu, który z wszechobecnych budów wciska się w każdą szczelinę. Wieczorami, w świetle reflektórów riksz i samochodów na autostradzie widać tylko pomarańczową chmurę. Pył osiada wszędzie, w szafie, na łóżku, nawet w biurze.. nie wspominając o czarnych po jednym dniu kołnierzykach czy butach, które trzeba czyścić nawet dwa razy dziennie by wyglądały znośnie.

Wokół biura jest czysto i schludnie, ale zaledwie dwadzieścia metrów dalej, zaczyna się największy burdel świata – ludzie śpiący pospołu z krowami i psami na wąskich przegrodach oddzielających jezdnie, wysypiska śmieci co dwadzieścia metrów wzdłuż drogi, stragany z których strach kupić zapakowaną wodę, nie mówiąc o jedzeniu, które przyrządzają na miejscu mieszając ciasto rękoma, bez żadnego zaplecza sanitarnego i które później spożywają również gołymi, nieumytymi rękoma.

Jeśli wszystkie miasta Indii są chaotyczne, to Gurgaon jest tym wszystkim, co w Indiach jest najgorsze. Ale biznesmeni z Microsoftu, Oracle, Alcatela, IBM, PwC czy Ericsonna tego nie czują – klimatyzowane biuro – klimatyzowane auto (z kierowcą) – klimatyzowany dom. A+ class.

Jednak jednego nie mogą nie zauważyć. Korków. W nich tkwi każdy – jeśli jedziesz do Delhi w godzinach szczytu, licz się z tym, że mimo autostrady (o niezłym standardzie) może to zabrać 2 godziny. Infrastruktura Gurgaonu leży – nie ma chodników, drogi są dziurawe, za wąskie, lub nie ma ich wcale. Prąd siada co kilka godzin, a we wtorki wszystkie sklepy są ustawowo zamknięte, żeby obniżyć jego zużycie. Woda zanika i generalnie jest niepijalna. Po każdym większym deszczu ulice zamieniają się w potoki bo nie ma odpływów, a potem śmierdzą krowimi odchodami i resztkami rozkładającego się jedzenia i psów. Mamy podobno szczęście, ze jest chłodno – najzimniej od lat – temperatura nie przekracza 35 stopni.

Trudno właściwie zrozumieć, dlaczego wszystkie te firmy wybrały Gurgaon na siedzibę – ale tak jest – to zagłębie białych i niebieskich kołnierzyków. I malli – tych jest już kilka(naście?) i wciąż powstają kolejne.  Ale nie ma nic więcej – trochę kondominiów, malle i biura. A wokół śmietnik i dziki targ (co wychodzi na jedno). Zapomnijcie o parkach, alejach spacerowych, kafejkach, O Polsce mówiono, że to dziki kapitalizm. Jeśli tak – zapraszam do Gurgaonu.

Jak komuś mało – polecam Hefnera…