Przez Himalaje na motórach.

Oki oki. Zrobiliśmy. Okazało się prostsze niż się wydawało, (zwłaszcza dla Frenchiego) i ja w tej prostocie trwam. Paradoksalnie jeżdżenie w Delhi jest trudniejsze niż przekroczenie drugiej najwyższej przełęczy świata, co uczciłem wczoraj mikro wypadkiem na śliskiej pomonsoonowej nawierzchni. Uspokajam – cały i zdrowy i bez zadrapań.

Tutaj relacje autorstwa towarzyszki Basi i towarzysza Karola i tegoż drugiego film też jest! Moje fofo do obejrzenia na facebuku. A poniżej – artykuł, który ukazał się w magazynie “Motocykl” (PDF)

Autostrada do nieba, Motocykl, 12/2010

Dziekuje za uwage.

Bardzo długi weekend

Jako się rzekło – wróciliśmy. Trochę to dziwny był urlop, bo właściwie to dwa urlopy jeden po drugim. Więc po kolei – w telegraficznym skrócie relacja z całości. A że wrażeń co nie miara, to jeszcze wracać na pewno będziemy do tematu.

Cóż się zatem działo?

Weekend I – JodhpurUdaipur.

Podróż pociągiem klasy sleeper – tylko ciut lepszym od najgorszej. Trzypoziomowe łóżka, wentylatory na suficie i tłok (choć do zniesienia). Wyjazd w czwartek, bowiem piątek – Dzień Niepodległości – jest wolny. W piątek zwiedzanie wspaniałego fortu w Jodhpurze i kilku mniejszych atrakcji oraz fantastyczny hostel. Może nie wyposażony bosko, ale z przemiłą i wszechpomocną obsługą. I restauracja na dachu z widokiem na górujący nad miastem fort w odległości kilkuset metrów. I symbolizujące niepodległość latawce wypełniające niebo.

Sobota to wyprawa na pustynię, safari na wielbłądach (nie “spacer”, tylko porzadna, 10km jazda) i obiad u rodziny mieszkającej na pustyni. Świetne. I Raksha Bandan – świętą podczas którego siostry ofiarowują braciom materiałowe bransoletki na znak przywiązania. W zastępstwie sióstr, faceci obdarowani zostali przez nasze wierne koleżanki.

Podróż do Udaipuru autobusem klasy sleeper – jeden z największych hard-core’ów w życiu. Pomysł świetny – na drugim piętrze busa umieścić łóżka. Wykonanie – gorsze i ciut śmierdzące potem. Do tego koszmarna droga, dzieki której zamiast wyspani, dotarliśmy do Udaipuru obici jak worek ziemniaków (za sprawą czolowego zderzenia z Nati).

Udaipur – kurort po sezonie. Cudowne miasto pełne na i nad wodnych pałaców, których stan . Do tego wyschnięte i zarośnięte jeziora. Wszystko dość przygnębiające. Choć miłe chwile na kolejnym restauracyjnym dachu, we francuskiej kafejce, czy prawie europejskich uliczkach z małymi sklepikami wspominamy milo. Tak jak spektakularny pokaz Rajastanskich tańców, z dziesięcioma garnkami na głowie lub płonącym zniczem.

Powrót takim samym pociągiem nad ranem we wtorek. Prysznic i do pracy… a już w środę po południu, kolejny autobus…

Weekend II: Manali-Shimla-Kalka

…tym razem Wyprawa przez 8 przełęczy w Himalajach, do Manali. 18 godzin. “De lux”, co oznacza tyle, że w środku rozkładane fotele, klimatyzacja i telewizor. Wszystko – zdecydowanie nadużywane, więc z zimna i bollywódzkich piosenek docieramy na miejsce mocno nie wyspani.

Nocleg – tani jak barszcz i całkiem miły. Podobnie – kultowa jak się zdaje – knajpa Dylan (ciastka! kawy!). I tłumy (nikt nie wie właściwie dlaczego) Izraelitów. Więcej ich niż Indusów, choć jeno w Starym Manali. Miejscowość przypomina trochę hipisowską komunę, z całą masą etnicznych sklepików, knajpek i rosnącą dziko gandzią. Szkoda tylko, że ze względu na deszcz gór prawie nie zobaczyliśmy. Za to wykąpaliśmy się w kilkusetletniej publicznej łaźni w gorących źródłach. Chill&relax na całego.

Kolejny przystanek to dawny angielski kurort władz kolonialnych – Shimla. Tym razem hotel mocno przepłacamy, ale potrzeba snu po przybyciu nad ranem przewyższa skłonność do oszczędzania. Miasteczko ładne, zwłaszcza o zmroku, ale prawdziwa atrakcja czai się ponad nim. Na blisko 2500m npm jest Świątynia Małp. Dosłownie. Zamieszkana przez pawiany, skłonne zrobić wszystko, by dostać trochę jedzenia. Natalii skradły z głowy okulary, ale pewnie jeszcze się tym podzieli… W Shimli przeżyliśmy swego rodzaju małą inicjację, ale o tym również – później, przy innej okazji.

Etap przedostatni – Shimla – Kalka – to podróż zabawkowym, wąskotorowym pociągiem, toczącym 90km się nad kilkusetmetrowymi przepaściami przez blisko 7h. Pewnie dlatego wpisano go na listę UNESCO. Potem już tylko AC train z jedzeniem na pokładzie i wio do domu.

Domu = tam gdzie laptop i kuchenka.