Odpowiedzialni w kryzysie

(tadam! oto jest! wpis numer 100 na naszym blogu! tadam!
gratulacje i komentarze prosimy składać poniżej :P )

Nie tak dawno Maciek Kuźmicz na swoim blogu pisał, że w kryzysie programy pomocowe będą drastycznie ucinane.  Nieco wcześniej, w komentarzu do tekstu o laptopie za 20$ na tym samym blogu jakaś poruszona wrażeniami z podróży po Indiach Zuza nawrzucała wszystkim induskim bogaczom odpowiedzialność za przerażającą biedę w kraju. “Tata: samochod za 1000$ dla kazdej rodziny, teraz laptop za 20 dol dla kazdego dziecka dobrze byloby rozpoczac od skromniejszych wyzwan. Np kawalek szmaty do okrycia dla kazdego mieszkajacego na ulicy, lub wieksze wyzwanie – skromniusienki namiocik dla kazdego takiego.” – pisała. Niesprawiedliwie, bo w Indiach naprawdę wiele się robi, by ten stan rzeczy odmienić…

Czytaj dalej

Moje Niesamowite Indyjskie Wesele

Właśnie trwa sezon ślubów. Astrologowie orzekli, że układ gwiazd jest teraz korzystny i warto się hajtać. To się hajtają. W tym tygodniu byłem na jednym, a mogłem być na 4(!) weselach, (co bynajmniej nie oznacza, że znam państwa młodych – to byli odpowiednie: współpracownik koleżanki, ktoś z mojego biura, kogo nigdy nie poznałem, daleka rodzina mojej współlokatorki i – uwaga – rodzina poznana przez Natalię w pociągu z Hyderabadu). Jadąc przez miasto średnio co 20 metrów potyka się człowiek o weselny orszak, a jeszcze Technopak zlecił mi research na temat rynku ślubnego w Indiach do swojej następnej publikacji. Więc nie dało się o weselu nie napisać.

Tym razem trochę o kuriozach.

Otóż po pierwsze, jeśli myślicie, że aranżowane małżeństwa to przeszłość, to się bardzo zdziwicie. Ciągle zdecydowana większość małżeństw to sprawka rodziców, a wygląda to mniej więcej tak “Właśnie się dowiedziałem, że się żenię?” – “O, gratuluję! Kiedy?” – “7 marca” – “Jakaś fajna?” – “Nie wiem, jeszcze jej nie widziałem. Papiery ma dobre” – “Cieszysz się?” – “Nie bardzo. Ale przecież nie powiem “nie” Mamie. Ale samochód fajny dostanę”. To autentyczna rozmowa z kolegą z pracy.

Istnieje cały rynek matrymonialny, z ogłoszeniami w stylu “Wysokiego z Punjubu do 30 lat, religijnego i z dobrą pozycją finansową poślubię MBA ze Stanów Zjednoczonych będzie dodatkowym atutem. Wysoka, ładna 22 letnia Punjubka, z dobrej rodziny”. Istnieją nawet “agencje ratingowe” oceniające atrakcyjność kandydatów na męża. Jedna z nich, Stowarzyszenie Starych Żon i Ciotek obniżyła właśnie w związku z kryzysem rating bankierów i ludzi z sektora outsourcingowego z “Materiał na Męża” do “Grzecznie Ignoruj”, co zrujnowało wielu mężczyznom szanse na szybki ożenek. To oczywiście żarty, ale faktem jest, że w nieformalny sposób, tak właśnie zapewne to wygląda. “Gdzie pracujesz” – “W City Bank” – “Ah, bardzo ciekawa praca” (aha – tego trzeba skreślić). Swoją drogą, wiele wskazuje na to, że branża ślubna jako jedna z niewielu pozostała kompletnie niewrażliwa na recesję.

Natomiast wspomniany wcześniej samochód prowadzi nas do kolejnego wątku. Otóż wydanie córki za mąż jest najczęstszym powodem bankructw, bo niestety obowiazuje tu pradawny zwyczaj posagu, i to bynajmniej nie symbolicznego. Zresztą samo wesele też musi być wypaśne – uroczystości trwają przez kilka dni (zależy od obrzadku) i trzeba wydać co najmniej dwa przyjęcia dla gości, każde z suto zastawionym stołem. Jeśli chcesz się wykazać, to do zaproszeń (same karty mogą być warte nawet 500zł za sztukę! Choć to oczywiście ekstremum.) należy dołączyć prezenty. Dla wszystkich! A wszystkich jest kilkuset … minimum. Strój panny młodej może ważyć do 20kg i kosztuje ok jednej czwartej całego budżetu (wliczając biżuterię, którą dosłownie jest obwieszona).

Bardzo ważne jest też, żeby gości na weselu było dużo i żeby dobrze wyglądali. Im więcej i poważniejszych person, tym bardziej rośnie reputacja rodziny. Nie ma się więc co dziwić, że w Rajasthanie  (a dokładniej w Jodhpurze) powstała nawet agencja Best Guest Centre, wyspecjalizowana w wypożyczaniu gości na wesele. I tym razem, to nie jest żart. Wynagrodzenie wynosi ok. 600Rs za dzień pracy, ale zależy od takich czynników jak wygląd (w tym karnacja – im jaśniejsza, tym lepiej!), wykształcenie czy zdolności konwersacyjne.

Tyle smaczków na dzisiaj. W miare postepującego researchu może jeszcze coś dorzucim.  Mam nadzieję, że utrzymamy się w wesołym tonie i nie będzie trzeba wracać do wybuchowych wieści.

Zjadamy reklamy w Indiach part 2. Akcent polski.

Ostatnio z hinduskiego kanału w naszym telewizorze całkiem niespodziewanie dobiegła całkowicie poprawna polszczyzna. Okazało się, że to reklama HSBC, której polski bohater wyrusza robić w Indiach interesy.

Oto ona:

Małe wyjaśnienie: to co robią w pralce to Lassi – narodowy napój mleczno-owocowy (smaki przeróżne – więcej o nim tu). Cała historia odnosi się do anegdoty z Punjabu (nie wiem czy prawdziwej), gdzie pewna firma przeprowadziła badania, dlaczego fatalnie sprzedające sie dotąd pralki nagle zdobyły gigantyczną popularność. Okazało się, że choć gospodyniom domowym pomysł prania w maszynie nie przypadł do gustu (przecież to “coś” nie pobije kijem i nie potrze ubrań jak należy, by je wyczyścić), o tyle jako maszyna do kręcenia joghurtu sprawdza się fantastycznie.

Zastanawiam się tylko, dlaczego Polacy (i to do tego mówiący “prawdziwym” Polskim, a nie jakimś wyimaginowanym? Mam dwa pomysły, liczę na pomoc w weryfikacji:
1) reklama powstała w Polsce na polski rynek (HSBC właśnie na niego wszedł) i bank sprytnie wykorzystał, że w obu krajach powinna być (nieco inaczej) ale zrozumiana
2) HSBC wykorzystał polską agencję z którą wcześniej współpracował w Polsce

Szybki update:
HSBC Bank commercial from the UK
credits:
Brand: HSBC Commercial Bank
Agency: JWT London
Executive Creative Director: Russell Ramsey
Creative Director: Axel Chaldecott
Agency Producer: Dean Baker
Group Head: Joseph Petyan
Director: Kevin MacDonald
Editor: Justine at Final Cut
Production Company: Rogue Films
Country: United Kingdom

Czyli, że opcja 2 odpada. Ale Londyn? Mhmm…. no wiecie…
A może to coś jeszcze innego? Anyway – reklama fajna. Have fun

OK, update No.2

Jako, że wpis generuje sporo wejść z wyszukiwarek, też trochę pogooglowałem i widzę, że tak jak podejrzewałem – po pierwsze polski oddział agencji był zaangażowany w produkcję, po drugie – reklama wyświetlana jest też w Polsce. Czyli opcja 1.

Palone spalone?

Zgodnie z obietnicą – sprawa Okocimia została przeze mnie pociągnięta dalej. Oto odpowiedź od polskiego oddziału Carlsberga. Chyba mam deja vu? Przecież wszystkie te argumenty już zostały dwa razy użyte przez dział komunikacji Carlsberga i skomentowane przeze mnie. Bardzo się cieszę, że firma poważnie traktuje blogowicza i odpowiada na oficjalnym papierze, ale mimo wszystko mam wrażenie, że to ciągle na odczepkę. Cóż, przytaczam w całości…

Szanowny Panie,

Dziękujemy za Pana zainteresowanie naszymi markami i baczną obserwację poczynań Grupy Carlsberg w Indiach.


Tak jak zwrócili już Panu uwagę nasi koledzy z Kopenhagi oraz Indii, Okocim Palone wprowadzone na rynek indyjski rzeczywiście różni się smakiem od tego znanego Panu z Polski, a wynika to z innych preferencji smakowych konsumenta indyjskiego, do których produkt ten został dostosowany.

Wyniki sprzedaży Okocim Palonego na rynku indyjskim potwierdzają, że było to słuszne posunięcie.

Rozumiemy jednak, że będąc daleko od kraju może Pan tęsknić za unikalnym smakiem Okocim Palonego, znanym Panu z Polski – i jest nam niezmiernie miło, że pozostawił on na Panu tak pozytywne i tak trwałe wrażenie.

Z wyrazami szacunku,

Jagoda Jastrzębska

Dział Komunikacji

w Carlsberg Polska

Żadnej merytorycznej odpowiedzi na postawione pytania.

Palone jest dla mnie spalone. Jak wrócę będe importował Kozła z Czech.

Manhattan na śmietniku

Gurgaon.

Przyjeżdżając tu wiedziałem mniej więcej tyle zapowiadało się więc całkiem miło… A jak jest naprawdę?

Gurgaon to Manhattan na śmietniku. Wszystkie te eleganckie biurowce wyrastają z chmury pyłu, który z wszechobecnych budów wciska się w każdą szczelinę. Wieczorami, w świetle reflektórów riksz i samochodów na autostradzie widać tylko pomarańczową chmurę. Pył osiada wszędzie, w szafie, na łóżku, nawet w biurze.. nie wspominając o czarnych po jednym dniu kołnierzykach czy butach, które trzeba czyścić nawet dwa razy dziennie by wyglądały znośnie.

Wokół biura jest czysto i schludnie, ale zaledwie dwadzieścia metrów dalej, zaczyna się największy burdel świata – ludzie śpiący pospołu z krowami i psami na wąskich przegrodach oddzielających jezdnie, wysypiska śmieci co dwadzieścia metrów wzdłuż drogi, stragany z których strach kupić zapakowaną wodę, nie mówiąc o jedzeniu, które przyrządzają na miejscu mieszając ciasto rękoma, bez żadnego zaplecza sanitarnego i które później spożywają również gołymi, nieumytymi rękoma.

Jeśli wszystkie miasta Indii są chaotyczne, to Gurgaon jest tym wszystkim, co w Indiach jest najgorsze. Ale biznesmeni z Microsoftu, Oracle, Alcatela, IBM, PwC czy Ericsonna tego nie czują – klimatyzowane biuro – klimatyzowane auto (z kierowcą) – klimatyzowany dom. A+ class.

Jednak jednego nie mogą nie zauważyć. Korków. W nich tkwi każdy – jeśli jedziesz do Delhi w godzinach szczytu, licz się z tym, że mimo autostrady (o niezłym standardzie) może to zabrać 2 godziny. Infrastruktura Gurgaonu leży – nie ma chodników, drogi są dziurawe, za wąskie, lub nie ma ich wcale. Prąd siada co kilka godzin, a we wtorki wszystkie sklepy są ustawowo zamknięte, żeby obniżyć jego zużycie. Woda zanika i generalnie jest niepijalna. Po każdym większym deszczu ulice zamieniają się w potoki bo nie ma odpływów, a potem śmierdzą krowimi odchodami i resztkami rozkładającego się jedzenia i psów. Mamy podobno szczęście, ze jest chłodno – najzimniej od lat – temperatura nie przekracza 35 stopni.

Trudno właściwie zrozumieć, dlaczego wszystkie te firmy wybrały Gurgaon na siedzibę – ale tak jest – to zagłębie białych i niebieskich kołnierzyków. I malli – tych jest już kilka(naście?) i wciąż powstają kolejne.  Ale nie ma nic więcej – trochę kondominiów, malle i biura. A wokół śmietnik i dziki targ (co wychodzi na jedno). Zapomnijcie o parkach, alejach spacerowych, kafejkach, O Polsce mówiono, że to dziki kapitalizm. Jeśli tak – zapraszam do Gurgaonu.

Jak komuś mało – polecam Hefnera…