Już wkrótce – wiza do Indii na granicy!

Polska_ePaszport

Zazwyczaj nie publikuję tutaj newsów (zresztą – ostatnio w ogóle nie publikuję), ale ten zasługuje na uwagę. Indyjska wiza turystyczna już wkrótce będzie dostępna dla Polaków na wjeździe do kraju!

Polacy będą jedną z 40 narodowości, którym taki przywilej będzie przyznany.

Wize będzie można otrzymać na lotniskach w Delhi, Madrasie, Kalkucie, Mumbaju, Kochi, Hyderabadzie , Bangalore gdzie już wcześniej były punkty wydawania wiz dla obywateli kilku krajów, a także w Thiruvananthapuram, Goa, Gayi, Czandigarze i Amritsarze.

Decyzja nie jest wprawdzie jeszcze ostateczna i brak informacji zarówno o tym kiedy by nowe przepisy miały wejść w życie, jak i o tym, czy będzie możliwość uzyskania wizy przekraczając granicę lądową (np. wracając z wycieczki objazdowej do Nepalu).

Niezależnie od tego to jednak świetna wiadomość dla wszystkich wybierających się do Indii, w szczególności tych, którzy lubią planować “last minute”.

Więcej szczegółów w Times Of India.

Think Tank Dossier: India Europe Poland

Właśnie wróciłem z Warszawy ze swoim egzemplarzem. Fajne uczucie, poczuć w rękach fizyczny efekt swojej trzymiesięcznej niemal pracy (choć głównie po godzinach).

A najfajniejsze jest to, że wy też możecie pobrać swoją darmową kopię PDF stąd. Na razie tylko po angielsku, ale wersja Polska już wkrótce. Mam nadzieję, że nie porobiliśmy zbyt wielu kompromitujących błędów…

Super doświadczenie, bardzo pouczające i bardzo obiecujący początek współpracy z Think Tank Magazine. Zobaczymy, co dalej z niej wyniknie…

Czekamy na opinie! Nadzieję, że nie zrobił (m) wszelkie szkody błędów w tymjeden!

Patriotyzm.

To stara jak świat prawda, że wyjeżdżając uczymy się nie tylko o kraju który odwiedzamy, ale także o kraju, któryśmy opuścili. (Litwo, Ojczyzno moja… ten tylko się dowie…) Sporo z tej perspektywy widać, zmienia się też osąd wielu rzeczy.

Czytaj dalej

Zjadamy reklamy w Indiach part 2. Akcent polski.

Ostatnio z hinduskiego kanału w naszym telewizorze całkiem niespodziewanie dobiegła całkowicie poprawna polszczyzna. Okazało się, że to reklama HSBC, której polski bohater wyrusza robić w Indiach interesy.

Oto ona:

Małe wyjaśnienie: to co robią w pralce to Lassi – narodowy napój mleczno-owocowy (smaki przeróżne – więcej o nim tu). Cała historia odnosi się do anegdoty z Punjabu (nie wiem czy prawdziwej), gdzie pewna firma przeprowadziła badania, dlaczego fatalnie sprzedające sie dotąd pralki nagle zdobyły gigantyczną popularność. Okazało się, że choć gospodyniom domowym pomysł prania w maszynie nie przypadł do gustu (przecież to “coś” nie pobije kijem i nie potrze ubrań jak należy, by je wyczyścić), o tyle jako maszyna do kręcenia joghurtu sprawdza się fantastycznie.

Zastanawiam się tylko, dlaczego Polacy (i to do tego mówiący “prawdziwym” Polskim, a nie jakimś wyimaginowanym? Mam dwa pomysły, liczę na pomoc w weryfikacji:
1) reklama powstała w Polsce na polski rynek (HSBC właśnie na niego wszedł) i bank sprytnie wykorzystał, że w obu krajach powinna być (nieco inaczej) ale zrozumiana
2) HSBC wykorzystał polską agencję z którą wcześniej współpracował w Polsce

Szybki update:
HSBC Bank commercial from the UK
credits:
Brand: HSBC Commercial Bank
Agency: JWT London
Executive Creative Director: Russell Ramsey
Creative Director: Axel Chaldecott
Agency Producer: Dean Baker
Group Head: Joseph Petyan
Director: Kevin MacDonald
Editor: Justine at Final Cut
Production Company: Rogue Films
Country: United Kingdom

Czyli, że opcja 2 odpada. Ale Londyn? Mhmm…. no wiecie…
A może to coś jeszcze innego? Anyway – reklama fajna. Have fun

OK, update No.2

Jako, że wpis generuje sporo wejść z wyszukiwarek, też trochę pogooglowałem i widzę, że tak jak podejrzewałem – po pierwsze polski oddział agencji był zaangażowany w produkcję, po drugie – reklama wyświetlana jest też w Polsce. Czyli opcja 1.

Tata kupuje Europę, Europa kupuje Tate.

Tata to fenomen, zresztą charakterystyczny dla Indii. Super-koncern, zajmujący sie wszystkim – od samochodów (kupili ostatnio Jaguara i Land Rovera), przez przemysł stalowy, komórki, herbatę (kupili Tetley), kawę aż po produkcję soli. Nie ma chyba domu w Indiach, gdzie nie ma czegoś wyprodukowanego przez Tate. Podobnie jak Reliance, Aditya Birla Group, Mittal Group, Kingfisher… Taka jest już specyfika mega koncernów wychodowanych na gigantycznym i dość solidnie chronionym rynku wewnętrznym Indii. Rosną w siłę, korzystając z krajowego quazi-monopolu, który oznacza dostęp do rynku liczebnościowo równego Europie.

Skupmy się na Tacie. Najbardziej zauważalny wyraz potęgi koncernu to ruch na indyjskich ulicach. Auta z charakterystycznym T w logo dominują w sposób przygniatający. Podstawowe opcje to Tata Indica – tanie auto wielkością i wyglądem przypominające trochę stare Punto, oraz SUV Tata Safari. Oba dominują w swoich segmentach. Poza tym jeszcze kilkanaście modeli – od niewielkich autek miejskich, po autobusy, ciężarówki i ciężki sprzęt.  No i słynne – choć jeszcze nie ma go w sprzedaży – Nano.

Nano to samochód, który ma być nowym globalnym Garbusem. W Indiach ma kosztować 100 000 Rupee, czyli zgodnie z indyjskim systemem liczbowym – 1 Lakh, i tak też jest rozpoznawany. Jako “one-lakh-car”. Ta cena – choć już wiadomo że nieco niedoszacowana – ma go uczynić realną konkurencją dla skuterów i motorów, na których zaradni Indusi potrafią przewozić całe rodziny z dobytkiem, kolektywnie potem ginąc w wypadkach. Tylko że Nano już jawi się jako koszmar i przekleństwo, a nie zbawienie. Ekolodzy przestrzegają, że dostępność tak taniego auta (najtańsze dziś to wydatek prawie 200 000 Rs) do reszty zniszczy równowagę ekologiczną, ekonomiści – że zaczną go kupować ludzie, których tak naprawdę nie stać na auto i zacznie się fala niespłacanych kredytów oraz że i tak nie wydalający system zaopatrzenia w benzynę załamie się do reszty. Szary (mhmm, w Indiach należałoby rzec – kolorowy, i to nie przez kolor skóry) obywatel martwi się jednak czym innym. Gdzie te wszystkie Nano będą parkować? I jak będzie wyglądał ruch na już zatłoczonych ulicach, bo wierzcie mi, korki we Wrocławiu tro pikuś przy tym co ty się wyprawia. Strach jest na tyle powszechny, że ostatnio widziałem (muszę sfocić) reklamę na której developer reklamuje biurowiec z ogromnym podziemnym parkingiem hasłem “1Lakh car coming soon. Are you ready?”.

I teraz ta Tata wkroczy do Polski. Na początek z Indicą i Safari. Analitycy nie wróżą sukcesu marudząc, ża a to za drogie (ponoć Indica ma kosztować od 20 kilku tysięcy, bliżej 30), a że wykończenie nie takie, a że to awaryjne, a to że niebezpieczne.

Wszystko prawda, ale nie do końca.  Które auto w segmencie <30.000 PLN ma takie wyposażenie w zakresie bezpieczeństwa?

Obawiam sie, że traktując Tate jako egzotyczną ciekawostkę analitycy mogą się ostro zdziwić. Te samochody są skrojone na tutejszy rynek i dlatego są toporne. Ale i tak nie odbiega to poziomem od wczesnego Daewoo i nie zauważyłem, by właściciele na nie narzekali. A Tata ma pieniądze i potencjał, by szybko stworzyć auta o wiele bardziej wyrafinowane. Współpracują z Fiatem i Mercedesem, kupili Jaguara i Land Rovera. Wszystkie auta które produkują – w przeciwieństwie do np. Daewoo jeszcze w połowie lat 90-tych! – sami zaprojektowali. Wystarczy spojrzeć na najnowszy model – to już nie odbiega poziomem od Skody, a nie potrzebowali do tego Volkswagena…

Uważajcie. Przyszłość należy do Taty.

PS. Nano tymczasem się opóźnia. Mieli zbudować fabrykę w Singur, w zachodnim Bengalu, ale farmerzy tam nagle zmienili zdanie i postanowili odzyskać ziemię. Ponieważ dogadać się nie udało, fabryka powstanie gdzieś indziej, a Nano raczej nie wyjedzie z niej przed końcem roku… 1 lack car horror is not coming soon.

Okocim Palone

Zostaliśmy ostatnio zbesztani przez tą panią, że na naszym blogu nie ma co czytać. Nie do końca zrozumiałem, czy to przytyk do ilości, czy jakości notek, jakkolwiek jeszcze bardziej nas to onieśmieliło do pisania. Zwłaszcza, że to od ekspertki od blogów taka opinia. Auć. (swoją drogą Marta zaprasza na swoją imprezę wrocławsko-wirtualną. Polecam.)

Inna sprawa, że początkowa nadwrażliwość naskórka nieco osłabła, oswoilim się i już nie wszystko wydaje się warte opisywania. Podróży czy większych przygód takowoż nie było za dużo, a na poważniejsze tematy dopiero zbieramy siły. W każdym razie w przyszłości możecie się spodziewać rzadszych i nieco mniej osobistych, a bardziej dziennikarskich wpisów. Przynajmniej z mojej strony. Choć i bieżące wrażenia pewnie pojawiać się będą. A co?!

Anyway. Nie o tym miało być. W schowku leży wciąż nie dokończona notka o Tacie wchodzącej we wrześniu do Polski ze swoimi szałowymi samochodzikami, którymi jeździ pół Indii (swoją drogą co to za rynek – niespełna 30mln mieszkańców? Przecież oni w samym Delhi pewnie sprzedają pięć razy więcej niż kiedykolwiek zdołają w Polszczy).  Notka jednak czeka rozgrzebana, a tu coś o wiele bardziej wstrząsającego w gatunku wymiany Polsko – Induskiej odkryłem…

Wczorajszego wieczoru nabyłem w sklepie piwo Okocim Palone. Tak, tą samą, średnio w Polsce popularną (choć moją ulubioną!) markę z płonącym feniksem na puszce. Nie czytając wiele schowałem do lodówki i dziś wieczorem, oczekując małej przyjemności ją stamtąd wydobyłem. Wyobraźcie sobie zdziwienie, jakie wymalowało się na naszych twarzach, gdy z dobrze znanej czarnej puszeczki zaczął wydobywać się… blado jasny napój, o barwie mniej wyrazistej nawet od poczciwego Żywca!

Zaczęło się Googlowanie. Jak się okazuje, to nie tylko nie podróbka, ale wręcz pierwsze podejście Carlsberga do indyjskiego rynku! Jak podają źródła, “Okocim Palone, a Polish beer carrying less than 8% alcohol. It will be positioned as a strong beer against UB’s Kingfisher Strong and SABMiller’s Haywards 5000.” Mhmm. Produkowane w Himalayach, “premium strong beer”. Widać, że Carlsberg potraktował Palone eksperymentalnie zeby przetestować rynek jakąś mało znaną marką, która jakby co będzie łatwa do wycofania. Tylko po co wykorzystał w tym celu markę już istniejącą i z zupełnie innego segmentu? Nie łatwiej było stworzyć jakiejś nowej? Czegoś jak “Dog In The Fog” w Polsce?

Swoją drogą dziennikarska nierzetelność jest czasami powalająca. Nikt się nigdzie nie zająknął, że Palone z Palonym nie ma nic wspólnego – a przecież wystarczyło zgooglować! Swoją drogą, dobrze, że nie napisali że to włoskie…