Błogosławieństwa.

Rozmowa z kolegą z pracy na G-talk.
dexteronline: god bless you / Niech Ci Bóg błogosławi

Jacek: which? / który?

dexteronline: the 33 crore that we have in India / wszystkie 330 milionów których mamy w Indiach

Jacek: i can’t take it / nie zniosę tego

i feel overblessed / czuję się przebłogosławiony

Profesjonalizm po hindusku

Zadowolenie z siebie i niezwykła duma to cechy, których z pewnością nie można Indusom odmówić. Dlatego, kiedy tylko Indie stały się jednym z najpopularniejszych rynków handlowych i biznesowych świata duma hindusów podskoczyła w górę i migiem zabrali sie do rozkręcania własnego biznesu. Wielkie korporacje, bazujące na amerykańskim modelu powstają jak grzyby po deszczu. A skoro mieszczą się w przeszklonych biurowcach to muszą być “world-class”. I tutaj zaczyna się robić ciekawie. Wejdźcie na jakąkolwiek stronę hinduskiej korporacji, ba nawet niekoniecznie, jakiejkolwiek prywatnej firmy. Przymiotniki najczęściej używane to “world-class”, “the best in India”, “first professional”, “one and only”, “leading”, “outstanding”. Wszystkie usługi są na najwyższym poziomie, a każda firma jest liderem na rynku, choćby istniała od dwóch miesięcy i liczyła trzy osoby.

Ale wróćmy do “world class offices”. Jak powstają biura, w których pracują “doświadczone grupy ekspertów” – choćby była to ich pierwsza praca w życiu. Budynki powstają w zastraszającym tempie, ponieważ zatrudnia się “wykwalifikowaną siłę roboczą”- czyli chuderlawych Indusów, którzy pracują po 20 godzin na dobę, ich żony- ubrane w sari noszą cegły na głowie, a ich dzieci przynoszą żwir. Można powiedzieć biznes rodzinny. Coś takiego jak odbiór techniczny nie istnieje. Większość biurowców, tak jak w systemie amerykańskim, należy do prywatnych firm, więc jeżeli komuś spadnie dach na głowę, to odpowiadać będzie właściciel. Indie jednak tym różnią sie od USA, że jeżeli w USA coś się komuś zawali na głowę to właściciel będzie wypłacał milionowe odszkodowania rodzinom ofiar do końca życia, tutaj – da w łapę sędziemu i będzie po sprawie. Jeżeli sprawa w ogóle trafi do sądu to będzie to wielki sukces.

Innym aspektem hinduskiej dumy jest absolutna niemożność do przyznania się, że czegoś się nie wie, lub że z czymś sie nie zdąży. Zaczynając od rikszarzy, którzy przewiozą cię przez cały Gurgaon, zanim trafisz na miejsce a na pracownikach world-class offices kończąc. Tak się składa, że pracuję obecnie nad stroną internetową mojej firmy. Deadline został wyznaczony na poniedziałek, grafik i autorka tekstu zgodzili się na taki termin. Oczywiście jest juz po deadlinie, a strona leży i kwiczy. W międzyczasie okazał się, ze grafik nie jest grafikiem tylko informatykiem, do czego nie przyznał się na początku. Nie umie pracować we flashu, do czego również się nie przyznał. Autorka tekstu uważa, że im więcej “drzewek” i informacji na stronie tym lepiej, choćby były to dokładnie te same informacje i że fajnie jest pisać taki angielskim, ze nawet lord brytyjski cię nie zrozumie.

Ale na tym nie kończmy. Przyjrzyjmy się jak wygląda rekrutacja w Indiach. Miejsc pracy jest wiele, ale chętnych jeszcze więcej. Rekrutację prowadzi się poprzez media (niezastąpiony “Times of India” ), strony internetowe itp. Zgłasza się 20 tys osób, z czego dalej przechodzi około 20. Pomyślałbyś sama śmietanka. I oto, co ta śmietanka mówi na rozmowie kwalifikacyjnej. Po przejrzeniu ośmiostronicowego (!) CV, moja koleżanka, która jest zarówno specjalista ds HR, szefem działu marketingu, acoountem (dostała 5 różnych wizytówek), zapytała delikwentkę czemu chciałaby pracować w firmie X. Czy przyszłoby komuś do głowy, żeby jako powód, dla którego chce sie pracować w danej firmie podać chęć uniezależnienia się od teściowej? Czy przyszłoby komuś do głowy wymienienie wszystkich imion swoich dzieci, ciotek, wujków i kuzynów? Przyznanie się, ze twoje życie prywatne to pasmo nieudanych związków?

Welcome in India. Welcome in a professional world.

Babu

W związku z kolejnymi molestacjami, co byśmy coś z pracy napisali, niechże Wam będzie.

Spowiadać się będę sam, niechże Natalia uczyni to za siebie. Firma w której pracuję, to, jako się rzekło, Technopak Advisors. A dokładniej całkiem świeżo powstały (bodaj w marcu) dział Mindscape, który specjalizuje się w analizie zachowań konsumentów i przewidywaniu trendów rynkowych. W Indiach…

I tak na przykład rozeznaję się w nadchodzących trendach na rynku restauracyjnym, gdy jeszcze nawet nie nauczyłem się wymawiać nazw większości dań, które tu serwują (a jest tego dużo), wiec bywa zabawnie. Póki co tak naprawdę się rozkręca, bo mam być zaangażowany głównie w nowe projekty, które dopiero wystartują, zaś przy dotychczasowych jestem trochę na doczepkę. Cóż, zdarza się. Mam dużo czasu. W pryszłym tygodniu mają być jakieś szkolenia, wkrótce też impreza dla “świeżynek”. W sumie – na razie jedynie się zapowiada (mimo prawie 3 tygodni), ale zapowiada się nieźle.

W Technopaku jest nas czwórka stażystów – Chinka, Włoch, Brazylijczyk i ja. ALe tylko ja na specjalnych prawach siedzę w drugim (nie głównym) biurze firmy, ponieważ to tu rezyduje Mindscape. Główne biuro jest w wypaśnym biurowcu, moje – w niewielkiej willi na uboczu. Plusy – to że jest tu cicho i zielono, co w Gurgaonie rzadkie.  No i atmosfera nieco mniej anonimowa, jako że pracuje tu 15 a nie 150 osób. Minusy – atmosfera tymczasowości jest wyczuwalna od progu. Wystrój ograniczony do minimum, w łazience widać jeszcze kafelki z motywem kaczora Donalda – zapewne pozostałość po poprzednich właścicielach lokum, meble nie pierwszej młodości i brak jakichkolwiek elementów wystroju, których nie można w każdej chwili porzucić lub z łatwością zapakować i przenieść. Nie jest to biuro, którego oczekiwalibyście po czołowej firmie czwartej największej gospodarki świata. Regularne przerwy w dostawach prądu i wody, dwa telefony przypadające na kilkunastu pracowników, praktycznie brak jakiegokolwiek szerszego wyposażenia.Wszystko to, bo na początku przyszłego roku firma ma się przenieść do nowego, wypaśnego biura w najnowszym biurowcu w Gurgaonie – z salonem lounge dla gości, cafeterią, i pokojem relaksacyjnym dla pracowników. Więc uznali, że nie ma co inwestować w tymczasowe biuro, które wynajęto tylko dlatego, że w głównym się już po prostu przestali mieścić.

Tak więc rezydujemy tutaj – piętnastka pracowników Mindscape i Babu. Babu to służący – jak to w Indiach – nieco ciemniejszej karnacji i nie mówiący ani słowa po angielsku. Robi kawę i herbatkę (chai! – tak jak pa rusku – z naszą herbatą ma to niewiele wspólnego – zalewa się mlekiem, duzo słodzi i dodaje wiele przypraw). Zresztą – robi to właściwie automat, ale Babu czuje się w obowiązku zapytać i przynieść, mimo że każdy mógłby to sam zrobić. Przynosi też wodę – choć dyspenser stoi dwa metry od nas. Czasem coś ugotuje, oczywiście pozmywa naczynia, posprząta w biurze, przyniesie długopis jak trzeba etc. A jak nie ma komu nic do przyniesienia, to nieswój chodzi po biurze i szuka gdzie może się przydać. Na początku chciałem myć po sobie, ale wtedy Babu był kompletnie zagubiony i nie wiem, czy go tym nie obrażałem, więc zaprzestałem prób.

Babu próbuje czasem nawiązać kontakt, uśmiechając się i pytając gestem czy jadłem (ręka przyłożona do ust) albo czy dać mi lnianą torbę na miseczki (jak zobaczył, że się waham czy mogę, pokazał że mają ich całą szafkę). Dziś pytał mnie o imię i skąd jestem, choć nie wiem czy kiedyś widział Polskę na mapie. I nie może zrozumieć, czemu nie mówię w hindi – co wyraża ciągłym kiwaniem głową z nieschodzacym z ust uśmiechem.

W głównym biurze takich Babu jest kilku, choć mniej sympatyczni i bardziej anonimowi. I bardziej wyspecjalizowani – jeden jest tylko po to, by otwierać drzwi wejściowe. Gdy kiedyś zaskoczyłem go wychodząc dość szybko z toalety jak odpoczywał na kanapie, poderwał się na równe nogi, a widząc, że nie zdąrzy, usiadł z rezygnacją i błagającym o wybaczenie spojrzeniem.

Sprawa jest zresztą szersza niż tylko korporacyjna. O rikszarzach pisałem, ale “hindusi na życzenie” są wszędzie. Nawet w takim “akademiku” jak nasz do wszystkich hindusów przychodzą sprzątaczki. Płacą im ok 700 rupee miesięcznie (35zł) w zamian za co mają sprzątanie (raz w tygodniu chyba a może i częściej) i pranie.  Na ulicach na każdym rogu znajdziecie ludzi trudniących się czyszczeniem butów lub innymi służalczymi zawodami. W sklepie (zwłaszcza tych droższych) od razu obskakuje cię tłum sprzedawców, starający się dogodzić na wszelkie sposoby. Nawet w toalecie w klubie można spotkać pana (lub panią odpowiednio), do … odkręcania kranu i podawania papierowych ręczników.

I to wszechobecne “Yes Sir”, “Yes M’am”, “What could I do for you Sir”, “As you wish M’am”.

Damn it. Witajcie w byłych koloniach.

PS. Mamo, Tato. Mówiliście zawsze, żebym nie zostawiał wszędzie kubków czy naczyń bo “nie przyjdzie Jan i nie posprząta”. Cóż, Jan może nie…