Odpowiedzialni w kryzysie

(tadam! oto jest! wpis numer 100 na naszym blogu! tadam!
gratulacje i komentarze prosimy składać poniżej :P )

Nie tak dawno Maciek Kuźmicz na swoim blogu pisał, że w kryzysie programy pomocowe będą drastycznie ucinane.  Nieco wcześniej, w komentarzu do tekstu o laptopie za 20$ na tym samym blogu jakaś poruszona wrażeniami z podróży po Indiach Zuza nawrzucała wszystkim induskim bogaczom odpowiedzialność za przerażającą biedę w kraju. “Tata: samochod za 1000$ dla kazdej rodziny, teraz laptop za 20 dol dla kazdego dziecka dobrze byloby rozpoczac od skromniejszych wyzwan. Np kawalek szmaty do okrycia dla kazdego mieszkajacego na ulicy, lub wieksze wyzwanie – skromniusienki namiocik dla kazdego takiego.” – pisała. Niesprawiedliwie, bo w Indiach naprawdę wiele się robi, by ten stan rzeczy odmienić…

Czytaj dalej

Pakistan.

Od jakiegoś czasu sie tak zastanawiam, jakby tu skomentować sytuację w Pakistanie ostatnio. Nie ma sensu się rozwodzić nad tym co się tam dzieje, bo inni robią to lepiej a mnie na miejscu nie ma by dodać coś od siebie.

Wiec może tylko mała scenka rodzajowa, jak to wygląda z perspektywy firmy konsultingowej w Bangalore:

Kilka dni temu, trzy biurka dalej, jeden z managerów:

- “Fuuuuuck!”

- Co się stało?

- K****, dostałem wizę do Pakistanu.  Mieli mi nie przyznać!

Tak. Mamy klientów w Pakistanie, Bangladeszu i na Sri Lance. Ktoś chętny na projekt za granicą?

Służący.

Jeszcze całkiem niedawno rodzice każdy mój zostawiony w pokoju kubek czy nie złożone łóżko kwitowali sarkastycznym “I co? Przyjdzie Jan i posprząta?”. Pewnie ani im, ani mnie, nie przyszło nigdy do głowy, że już wkrótce odpowiedź będzie “Tak”.

Pisałem kiedyś o Babu, służącym z mojego poprzedniego biura. Robił herbatę, kawę, sprzątał, podawał, robił zakupy. Wszystko, co wymaga od pracowników wstania od biurka.

Babu pożegnałem wraz z przenosinami, ale w domu w Belvedere Park gdzie mieszkaliśmy (a Nati dalej mieszka) jest pani (imienia niestety nie pamiętam…), która co rano przychodzi i sprząta całe mieszkanie. Tylko tyle i aż tyle – w każdym razie nie trzeba się martwić o kubki (o kupki też, ale to inna sprawa – Natalia wytłumaczy :P ). Kosztowało nas to 1000 rupee miesięcznie, co na głowę wychodziło jakieś 200. Czyli za jakieś 13 złotych mieliśmy do dyspozycji sprzataczkę przez cały miesiąc.

Teraz przez pewien czas przemieszkuję w domu gościnnym Technopaku i tu z kolei do mojej (przeważnie wyłącznej, jako że innych gości nie ma) dyspozycji jest Raghu. Raghu to młody chłopak, podejrzewam, że młodszy ode mnie. Opiekuje się mieszkaniem – sprząta, pilnuje żeby wszystko było na miejscu, wpuszcza i melduje gości, załatwia drobne posługi typu skoczy po jedzenie czy zaniesie pranie. Nie mam pojęcia ile kosztują jego usługi, ale podejrzewam, że coś ok. 5000Rs + ma dach nad głową.

Za każdym razem, kiedy wstaję rano, a Raghu już czeka ze śniadaniem i kawą i chwilę po moim wyjściu ogarnia pokój, czuję się z lekka zażenowany, a zarazem myślę, jak względne jest pojęcie luksusu oraz jak gigantyczna jest skala rozwarstwienia społecznego, skoro ja w tym kontekście jestem bogaty (wprawdzie opłaca go firma, ale mógłbym sam go wynająć z moich obecnych, skromnych zarobków. Musiałbym najwyżej zrezygnować z moich dwóch wyjazdowych weekendów w miesiącu), Raghu – mój służący – jeszcze wcale nie jest biedny. Rzekłbym, że jest niemal wybrańcem losu, z możliwością mieszkania za darmo i oglądania hitów Bollywood na 42 calowym telewizorze – oczywiście tylko wtedy, kiedy ja nie wejdę do salonu, bo wtedy natychmiast się podrywa i znika w kuchni w pełnej gotowości.

I tu dochodzimy do punktu, który mnie skłonił do napisania tej notki. Jak nie urazić służacego?

Rzecz wbrew pozorom nie taka łatwa, bowiem tak Babu jak i Raghu traktują swoją pracę bardzo poważnie i starają się robić wszystko wzorcowo. Tylko że ja mam trochę inne nawyki niż ludzie których znają. I na przykład masala omlet na śniadanie zamienił bym na jajka na miękko, kawę gotowaną z mlekiem na sposób południowo-indyjski na mocną małą czarną z mojego włoskiego ekspresiku, płatki na śniadanie zalewam zimnym mlekiem lub joghurtem, a naczynia naprawdę mogę za sobą czasami umyć. A w biurze naprawdę potrafię sobie nacisnąć guzik w automacie do kawy albo nalać wody, a nawet ksero mogę sobie sam zrobić. Ale jak im to powiedzieć, skoro to wszystko są – przynajmniej w ich mniemaniu – ich obowiązki. A więc mamy śmieszne sytuacje, kiedy np. podbiegałem do automatu do kawy kiedy Babu nie było w pobliżu, bo inaczej, widząc tylko, że się zbliżam, starał się mnie uprzedzić i wybrać dokładnie tą, którą zawsze wybierałem i nalać (tak jak zaobserwował, że ja robię) podwójną porcję, ale bez części wody. Lub kiedy dziś zacząłem sam sobie robić jajka sadzone, Raghu stał za moimi plecami pilnie obserwując co robię i pewnie próbując zapamiętać, żeby następnym razem zrobić tak jak chcę. I to uczucie, że robiąc sobie kawę po swojemu, pokazuję mu, że jego kawa mi nie smakuje, co przecież jest jednoznaczne z niewypełnieniem obowiązków. Już nie mówiąc o tym, żeby odmówić przyjęcia np. tostów zrobionych w porze kolacyjnej, mimo że kompletnie nie mam na nie ochoty, albo wmuszania w siebie ostatnich kęsów, żeby nie było, że nie dobre.

Mamo, tato, widzicie co zrobiliście? Wyrosłem na człowieka nie przystosowanego do życia (w indyjskim) społeczeństwie…

Odnaleziona przyjemność chodzenia.

Bangalore, tudzież – od 2006 roku – Bangaluru. Centrum friedmanowskiego “płaskiego świata”, “miasto ogród”, Indii i ich informatyczna stolica. Piąte największe miasto na półwyspie i główny, obok Madrasu, ośrodek na południu kraju i sam środek południowej części – świetny punkt wypadowy do Kerali, Tamil Nadu, Karnataki, Andhra Pradesh i jeszcze kilku takich :) Krótko mówiąc, blog się rozdwaja. Nadajemy z północy i południa. (Halo, Halo, Północ, słyszysz mnie??)

Krótka relacja z południa.
-> jest ciepło. +25 w dzień, w nocy nieco chłodniej i powiewa, ale tak czy siak – niegruby sweter zupełnie wystarcza. a to najzimniejszy okres.
-> jest słonecznie.
-> jest zielono. co za ulga dla umęczonych oczu, wyglądając z biura widzę rozciągające się we wszystkich kierunkach zadrzewione (zapalmione) ulice, a po prawej – gigantyczny park
-> jest czysto. z pewnymi wyjątkami, ale śmieci na ulicach, rozpadające się drogi i żebracy śpiący na chodniku to nie tu. Nawet krów nie ma (uwaga: w centrum!). Raz mijałem miejsce, gdzie wybiła kanalizacja – smród zwyczajny dla większości Indusów – zawsze coś się wylewa, przelewa lub gnije. Tutaj – mijali zatykając sobie nos z miną oburzenia-obrzydzenia-i-niedowierzania na twarzy.
-> jest przezroczyście. owszem – auta smrodzą, ale bez przesady. Nie ma pyłu i mgły, które w Gurgaonie ograniczają widoczność do kilku metrów a z płuc robią worek na śmieci.
-> jest nowocześnie. Dużo nowych biurowców, których architektura nie przeraża (aż tak) jak gurgaońskich. Niektóre są nawet naprawdę niezłe.
-> jest kolonialnie – wille i szkoły w stylu angielskiego neogotyku wyskakują na każdym rogu z krzaków.

Ale co najważniejsze – jest “chodliwie”. Z biura do parku – 5 minut (CHODNIKIEM) na piechotę, dalej 10minut na główną ULICĘ HANDLOWĄ (tak! sklepy, kawiarnie, restauracje, galeria – wszystko wzdłuż ulicy, z wejściem z chodnika!). Całe centrum można obejść na piechotę, coś nie do wyobrażenia w Delhi czy w Gurgaonie. Jak mi tego brakowało – nawet nie wiedziałem jak bardzo. Summa sumarum – miasto turystycznie mało atrakcyjne, chyba że jako baza wypadowa do Hampi, Mysore, Munnar i kilku innych miejsc, ale do życia – mam dziwne wrazenie że najlepsze w Indiach. (zastrzegam, że piszę to, nie znając Bombaju!). Jeden poważny minus, to cisza nocna o 23.30, kiedy zamykają dosłownie wszystko. Nawet w sylwestra imprezy kończyły się pół godziny po północy.

Ale ja zawsze byłem bardziej nasiadówkowy piwosz-kawosz, niż całonocny bibant, więc…

Happy New Year in Bangalore.

(h.)

PS> A to mój biurowiec. 11 pietro.

Bangalore, UB City

PS 2. Mój przyjaciel z Marsylii – Hareesh (oczywiście Indus), powiedział mi kiedyś, kiedy zamiast czekać na autobus zabrałem go spacerem z uczelni do akademika, że “nauczyłem go chodzić”. Dopiero po przyjeździe do Indii zrozumiałem o co mu (notabene) “chodziło” . Tutaj – jeśli się należy do pewnej klasy – się nie chodzi. Jedzie się autem lub – na krótki dystans – rikszą. Chodzą tylko biedni. Ot co.

Babu

W związku z kolejnymi molestacjami, co byśmy coś z pracy napisali, niechże Wam będzie.

Spowiadać się będę sam, niechże Natalia uczyni to za siebie. Firma w której pracuję, to, jako się rzekło, Technopak Advisors. A dokładniej całkiem świeżo powstały (bodaj w marcu) dział Mindscape, który specjalizuje się w analizie zachowań konsumentów i przewidywaniu trendów rynkowych. W Indiach…

I tak na przykład rozeznaję się w nadchodzących trendach na rynku restauracyjnym, gdy jeszcze nawet nie nauczyłem się wymawiać nazw większości dań, które tu serwują (a jest tego dużo), wiec bywa zabawnie. Póki co tak naprawdę się rozkręca, bo mam być zaangażowany głównie w nowe projekty, które dopiero wystartują, zaś przy dotychczasowych jestem trochę na doczepkę. Cóż, zdarza się. Mam dużo czasu. W pryszłym tygodniu mają być jakieś szkolenia, wkrótce też impreza dla “świeżynek”. W sumie – na razie jedynie się zapowiada (mimo prawie 3 tygodni), ale zapowiada się nieźle.

W Technopaku jest nas czwórka stażystów – Chinka, Włoch, Brazylijczyk i ja. ALe tylko ja na specjalnych prawach siedzę w drugim (nie głównym) biurze firmy, ponieważ to tu rezyduje Mindscape. Główne biuro jest w wypaśnym biurowcu, moje – w niewielkiej willi na uboczu. Plusy – to że jest tu cicho i zielono, co w Gurgaonie rzadkie.  No i atmosfera nieco mniej anonimowa, jako że pracuje tu 15 a nie 150 osób. Minusy – atmosfera tymczasowości jest wyczuwalna od progu. Wystrój ograniczony do minimum, w łazience widać jeszcze kafelki z motywem kaczora Donalda – zapewne pozostałość po poprzednich właścicielach lokum, meble nie pierwszej młodości i brak jakichkolwiek elementów wystroju, których nie można w każdej chwili porzucić lub z łatwością zapakować i przenieść. Nie jest to biuro, którego oczekiwalibyście po czołowej firmie czwartej największej gospodarki świata. Regularne przerwy w dostawach prądu i wody, dwa telefony przypadające na kilkunastu pracowników, praktycznie brak jakiegokolwiek szerszego wyposażenia.Wszystko to, bo na początku przyszłego roku firma ma się przenieść do nowego, wypaśnego biura w najnowszym biurowcu w Gurgaonie – z salonem lounge dla gości, cafeterią, i pokojem relaksacyjnym dla pracowników. Więc uznali, że nie ma co inwestować w tymczasowe biuro, które wynajęto tylko dlatego, że w głównym się już po prostu przestali mieścić.

Tak więc rezydujemy tutaj – piętnastka pracowników Mindscape i Babu. Babu to służący – jak to w Indiach – nieco ciemniejszej karnacji i nie mówiący ani słowa po angielsku. Robi kawę i herbatkę (chai! – tak jak pa rusku – z naszą herbatą ma to niewiele wspólnego – zalewa się mlekiem, duzo słodzi i dodaje wiele przypraw). Zresztą – robi to właściwie automat, ale Babu czuje się w obowiązku zapytać i przynieść, mimo że każdy mógłby to sam zrobić. Przynosi też wodę – choć dyspenser stoi dwa metry od nas. Czasem coś ugotuje, oczywiście pozmywa naczynia, posprząta w biurze, przyniesie długopis jak trzeba etc. A jak nie ma komu nic do przyniesienia, to nieswój chodzi po biurze i szuka gdzie może się przydać. Na początku chciałem myć po sobie, ale wtedy Babu był kompletnie zagubiony i nie wiem, czy go tym nie obrażałem, więc zaprzestałem prób.

Babu próbuje czasem nawiązać kontakt, uśmiechając się i pytając gestem czy jadłem (ręka przyłożona do ust) albo czy dać mi lnianą torbę na miseczki (jak zobaczył, że się waham czy mogę, pokazał że mają ich całą szafkę). Dziś pytał mnie o imię i skąd jestem, choć nie wiem czy kiedyś widział Polskę na mapie. I nie może zrozumieć, czemu nie mówię w hindi – co wyraża ciągłym kiwaniem głową z nieschodzacym z ust uśmiechem.

W głównym biurze takich Babu jest kilku, choć mniej sympatyczni i bardziej anonimowi. I bardziej wyspecjalizowani – jeden jest tylko po to, by otwierać drzwi wejściowe. Gdy kiedyś zaskoczyłem go wychodząc dość szybko z toalety jak odpoczywał na kanapie, poderwał się na równe nogi, a widząc, że nie zdąrzy, usiadł z rezygnacją i błagającym o wybaczenie spojrzeniem.

Sprawa jest zresztą szersza niż tylko korporacyjna. O rikszarzach pisałem, ale “hindusi na życzenie” są wszędzie. Nawet w takim “akademiku” jak nasz do wszystkich hindusów przychodzą sprzątaczki. Płacą im ok 700 rupee miesięcznie (35zł) w zamian za co mają sprzątanie (raz w tygodniu chyba a może i częściej) i pranie.  Na ulicach na każdym rogu znajdziecie ludzi trudniących się czyszczeniem butów lub innymi służalczymi zawodami. W sklepie (zwłaszcza tych droższych) od razu obskakuje cię tłum sprzedawców, starający się dogodzić na wszelkie sposoby. Nawet w toalecie w klubie można spotkać pana (lub panią odpowiednio), do … odkręcania kranu i podawania papierowych ręczników.

I to wszechobecne “Yes Sir”, “Yes M’am”, “What could I do for you Sir”, “As you wish M’am”.

Damn it. Witajcie w byłych koloniach.

PS. Mamo, Tato. Mówiliście zawsze, żebym nie zostawiał wszędzie kubków czy naczyń bo “nie przyjdzie Jan i nie posprząta”. Cóż, Jan może nie…