Photoshop kills the posters stars

 

Przeglądając ulubione blogi, zauważyłem coś, co – mam przeczucie – już za chwilę będzie gigantycznym hitem.  Dwójka-walczących-z-Delhi postanowiła stworzyć nietypową kartkę pocztową na święta i nowy rok 2009. Co roku robili coś w photoshopie, tym razem jednak, zainspirowani ulicą, poszli na całość… Gigantyczny, prawie dwumetrowy ręcznie malowany obraz w stylu starych plakatów Bollywodzkich, zamówiony u mistrza ginącego fachu. Historię powieliło już kilka blogów, my tylko dokładamy cegiełkę.

W ogóle sprawa z tymi plakatami jest ciekawa. Jeszcze do niedawna, wszystkie projekty plakatów Bolly i Tolly (co to jest Tolly, odsyłam tutaj) – woodzkich filmów były ręcznie malowane.

Jednak nowoczesna technika powoli zaczęła zabijać ten oryginalny przemysł (i całą odrębną sztukę plakatu) i Shah Rukh Khan lub Deepika Padukone nie załapali się na tak oryginalne plakaty. Trochę inaczej jest na południu gdzie teraz jestem. Tu twarz (i wąs!)  aktorów z Telugskich czy Kanadskich filmów, takich jak Prabhu Deva Sundaram czy jeszcze częściej inny pan o wdzięcznej ksywce “Golden Star” Ganesh (w języku Kanada jest więcej) wciąż zdobi wszelkie mury i przystanki autobusowe w tysiącach kopii niesamowitej malarskiej wersji. A w niektórych miejscach, gdzie jeszcze małe kina ostały się konkurencji multipleksów (z których niektóre mają rozsuwane siedzenia, koce, klimatyzację super dolby stereo i kelnerów, którzy serwują przekąski podczas projekcji), można jeszcze przyuważyć ogromne malowane postacie filmowych herosów i heroin.Tak jak w idylicznym, nieco zapomnianym Mysore, 140km od Bangalore.

Wracając jednak do wątku głównego – sądząc po popularności i powielalności wpisu z “My Delhi Struggle”, dla Ranjeeta nadchodzą złote czasy.  Oryginalne plakaty już od kilku lat są hitem, a mam przeczucie, że wkrótce zaprojektowany na życzenie plakat filmowy z Tobą w roli głównej, stanie się ulubioną pamiątką z Delhi i Mumbaju wszystkich turystów (w tym drugim to trochę bardziej profesjonalnie i drożej – można zamówić online) . Los bywa przewrotny, a blogosfera potężna. Być może jesteśmy świadkami ponownych narodzin legendy…


Włochatym typom mówimy nie!

Prawie wszyscy słyszeli chyba o Bollywood – ulokowanej niedaleko Mumbaju hinduskiej fabryce snów, ale pewnie niewiele osób wie o istnieniu Tollywood – południowego odpowiednika bombajskiej machiny filmowej. Tollywood ulokowane na południu kraju, ma swoje własne gwiazdy i niezachwianą pozycję wśród widowni posługującej się językiem tamilskim i telugu.

Tak się składa, że dopiero co wróciłam z konferencji, którą moja firma organizowała w Hyderabadzie – stolicy południowego stanu Andhra Pradesh. Zmęczona całonocnym składaniem folderów dla prelegentów zaczęłam przeglądać sobotni dodatek do miejscowej gazety. A tam z pierwszej strony zaatakował mnie uśmiechnięty Prabhu Deva Sundaram czyli  wąsaty i brodaty tollywoodzki gwiazdor – człowiek znany wszystkim internautom jako… Benny Lava! Dla tych, którzy nie wiedzą piosenka „Benny Lava” bije rekordy popularności na You tubie. Piosenka, której oryginalny tytuł brzmi „Kalluri Vaanil” pochodzi z tollywoodzkiego filmu Pennin Manathai Thottu, a jej angielski tytuł to fonetyczny zapis słów Kalluri vaanil kaayndha nilaavo? jako „My looney bun is fine, Benny Lava!”. To tak pokrótce.

Artykuł nie traktował jednak o fenomenie Beny Lavy jako takim, ale o trendach w kinie południowo-hinduskim, a mianowicie o tym jak powinien wyglądać tollywoodzki heros. Szło to mniej więcej tak: „Nastał kres ery owłosionych (sic!) bohaterów z nadwagą (sic!) Nowy heros jest gładki, młody i (to jest najlepsze) nie biega dookoła drzewek uganiając się za połowę młodszą od siebie bohaterką”. (Jasne – nie do wszystkich to jeszcze dotarło…)

Cóż my lubimy popatrzeć na krzepkiego Benny Lavę, który wyśpiewuje:”Have you been high today?”. Więc popatrzmy: